Jesteś tutaj:   CYKLOiD.pl


Dziennik z wyprawy HTC Author American Expedition - cz.1

Autor  | Opublikowano: 26-kwiecień-2013 | Odsłony 1222
Oceń ten artykuł
(1 głos)

21.04.2013 - 148km

Pobyt w takich luksusowych miejscach jak hotele bardzo rozleniwiają. Rano czułem się zmęczony i wciąż niewyspany ale niestety trzeba było wstać i ruszyć w dalszą drogę. Zanim to jednak nastąpiło czekało mnie jeszcze śniadanie w towarzystwie Bruce'a, właściciela apartamentu w którym mogłem się przespać. Tylu możliwości na wybranie sobie menu na śniadanie jeszcze nie widziałem. Szwedzki stół zajmował całą salę. Do wyboru było dosłownie wszystko co można sobie zażyczyć na najważniejszy posiłek dnia. Od słodkich bułek, przez musli, owoce, jogurty, omlety, gofry po ryby, mleko, ciasta i wiele innych pyszności.

Śniadanie z Brucem trwało dwie rundy. Jedna omletowo-gofrowo-ciastkowa a druga owocowo-rybna. Po dobrze rozpoczętym dniu dalszą jego część również była udana. Mimo, że wyruszyłem po 9:00 to do 19:00 przejechałem ponad 146 km że średnią 20,2km/h i sumą przewyższeń ponad 1200 m w górę.

Zaraz za Waszyngtonem po przejechaniu mostu powitał mnie napis Witamy w Wirginii. To już kolejny stan do jakiego wjeżdżam. Od początku wyprawy odwiedziłem New Jersey, New Jork, Delaware, Pensylwanię, Maryland i Washington DC. Od Wilmington towarzyszą krótkie podjazdy i zdaje się, że od jutra czekają mnie większe wyzwania. Na horyzoncie widać pierwsze wyższe górki Apallachów. Praktycznie cały dzień poruszałem się po dwóch drogach, 28 i 29. Podrzędne drogi przeważnie o dwóch pasach ruchu w jedną stronę. Cieszę się, se już wyjechałem ze wschodniego wybrzeża. W Wirginii jest zdecydowanie bardziej zielono, widać lasy i pola. Wcześniejsze stany to tylko szerokie drogi i gęsto zaludnione miasta. Co kilkadziesiąt kilometrów robię sobie przerwę w fastfoodzie. Nie po to żeby się najeść lecz aby skorzystać z WiFi i toalety :). Amerykanie chyba nie znają umiaru. Można tu spotkać naprawdę otyłe osoby z kubełkami frytek, hamburgerów i największych rozmiarach słodkich napojów. Smutno czasami patrzeć jak całe grube rodziny siedzą w takim barze i wpychają w siebie te wszystkie kolorowe produkty oparte na cukrze i tłuszczu.
Nocleg w namiocie za miasteczkiem Madison niedaleko drogi 29 - James Madison Highway.

amer-rel2 1

22.04.2013 - Droga 29 - 141km, 1530m w górę

Przez cały dzień GPS miał odpoczynek. Do tej pory nawigacja zainstalowana w smartfonie była przeze mnie używana wiele razy dziennie. Nie mam mapy papierowej wschodniej części stanów więc posługuje się tylko GPSem który do tej pory podobnie jak mój nowy i jedyny HTC One działa bezbłędnie. Cały dzień trzymałem się drogi 29 na południe. Droga, jak droga, po dwa pasy w każdą stronę oddzielone pasem zieleni. Aut jakby coraz mniej a lasów i pół więcej. Najważniejsze jednak, że mam z wiatrem. Planowałem zrobić dziś tylko setkę a potem odpoczywać do wieczora. Od początku wyprawy jadę przecież bez dnia odpoczynku, na deszcz jakoś się nie zapowiada to jadę przed siebie bez przeszkód. Rano zrobiłem zakupy w Walmarkt, spory market. Wydałem 10 USD z czego 5 na krem z filtrem 50 do ochrony przed słońcem. Niby tak nie grzeje, trochę wieje a skóra schodzi ;)

Codziennie kilka razy zajeżdżam do jakiegoś fast-fooda. Siedzę i odpoczywam, skorzystam z WiFi (wyślę fotki, napiszę maila), czasami wezmę kawę, lody i jadę dalej. Zaczynam się wkręcać w codzienne życie wyprawowe. Forma rośnie, jedzie mi się coraz lepiej, waga spada - mam nadzieję. Dziś 100km zrobiłem do 15:00, posiedziałem chwilę i pojechałem dalej. Jechało się z wiatrem więc lżej mimo, że trasa interwałowa. Ponad 1500m przewyższenia to dobry podjazd w Alpach a tu tylko małe wzniesienia na 150-200 m n.p.m.. Nocleg za pozwoleniem na terenie kościoła baptystów (wczoraj z katolickiego mnie przegonili :))

amer-rel2 4

23.04.2013 - 120km

Od rana miałem zaplanowane, że zrobię spokojną setkę nie przemęczając się w ogóle. Raz miałem z wiatrem a raz pod, na górki podjeżdżałem na małej zębatce z przodu ale cały czas trzymałem się okolic drogi 29 HWY. Piszę okolic ponieważ kilka razy musiałem zjechać z 29-ki gdyż były zakazy dla rowerów. Po hajłejach można jeździć kiedy nie ma drogi alternatywnej dla głównej. Po 15:00 mimo wszystko zrobiłem setkę. Potem już w sumie tylko odpoczywałem. Posiedziałem w McDonalds, wstąpiłem do marketu, posiedziałem na ławce i tak zleciało do 18:00. Potem zacząłem rozglądać się za miejscem do spania. O takie mimo, że kraj taki wielki wcale nie tak łatwo w tym regionie. Wzdłuż dróg mieszka sporo ludzi a praktycznie przy każdej skrzynce na lisy wiadomość od terenie prywatnym i zakazie wstępu. Dość szybko znalazłem jednak małą polankę niedaleko drogi kilka kilometrów przed miastem Danville. W końcu mogłem założyć słuchawki na uszy i posłuchać muzyki. Nie tak zagęszczone i mniej hałaśliwe drogi pozwalają czerpać przyjemność z ulubionej muzyki w mp3. Plan spokojnej jazdy zadziałał. Wieczorem nie czułem się zmęczony i obolały jak do tej pory. Jutro podobna strategia.

24.04.2013 - Danville - Winston Salem, 131km, 1100m w górę

Ten dzień niestety mocno mnie zmęczył. Na tyle, że zacząłem zastanawiać się nad noclegiem w jakimś tanim motelu w Winston-Salem. Od rana mocno wiało z przodu. Na prostych jechałem tylko 15-18km/h. Do tego przez cały dzień miałem samoloty, raz w górę a raz z dół. Gdzieś po drodze zgubiłem gumę trzymającą worek z namiotem. Teraz trzyma się tylko na klamrowe zapięcie do bagażnika. Mam nadzieję, ze worka z namiotem nie zgubię. Jak na ironię kilka razy do tej pory widziałem takie gumy leżące na ulicy. Może znów jakoś zobaczę a jak nie to coś kupię albo przywiążę sznurkiem. Po południu zaczęło się chmurzyć. Kiedy w fastfoodzie miałem WiFi szukałem taniego motelu w Winston-Salem. Najtańszy jaki znalazłem był za 34.99USD. Wpisałem adres w GPS i ruszyłem ucieszony w stronę motelu. Niestety albo podany adres był błędny albo ja źle spisałem bo po dojechaniu na miejsce nie było nic podobnego do motelu ze zdjęć. Zmęczony i zrezygnowany wyjechałem z miasta i znalazłem mały lasek w którym rozbiłem namiot. Mam nadzieję, że nie będzie padać. Z motelem spróbuję jutro. Może w Statesville się uda.

amer-rel2 3

Artykuły powiązane

  • Podsumowanie wyprawy HTC Author American Expedition 2013 po przejechaniu Ameryki Północnej i Środkowej.
    Moja najdłuższa i najdalsza wyprawa rowerowa zakończona. Po ponad siedmiomiesięcznej podróży wróciłem do domu. Pierwotny plan zakładał przejazd aż do Patagonii w Ameryce Południowej, do Polski postanowiłem jednak wrócić z Panamy. To chyba jedyny sensowny punkt na zaplanowanej trasie. Za Panamą znajduje się nieprzejezdny przesmyk Darien gdzie jest tylko dżungla więc jedyną możliwością przedostania się do Kolumbii jest samolot lub łódź. Ponieważ wiązało się to z nie małą opłatą lepszym rozwiązaniem był powrót do Polski. To właśnie skromny budżet wyprawy był głównym powodem skrócenia wyprawy. Nie łatwo jest z własnych oszczędności zorganizować tak długą i daleką podróż nawet jeśli zna się wiele sposobów na to aby te koszty obniżyć. Oczywiście względy finansowe to tylko jeden z kilku powodów mojej decyzji.

  • Tequila - Guadalajara

    18.10.2013
    Jeszcze rano byłem w mieście partnerskim Jeleniej Góry czyli Tequili a po południu w mieście partnerskim Wrocławia czyli Guadalajarze. Nie sądziłem, że Dolny Śląsk ma aż tak silne powiązania z Meksykiem oddalonym przecież o wiele tysięcy kilometrów. Mam nadzieję, że współpraca pomiędzy miastami to coś więcej niż tylko wymiana herbów na stronach internetowych owych miast. Dziś przez cały dzień nie towarzyszył mi radiowóz a część trasy do Guadalajary nie miała pobocza więc musiałem bardzo uważać żeby żaden samochód we mnie nie uderzył. Meksykanie nie są tak ostrożni jak amerykanie ale też nie jest tak tragicznie jak w Indiach. Rano jeszcze w hotelu zjadłem śniadanie i wypiłem kawę, potem załatałem dętkę i pożegnałem piękną Tequilę.

  • Nogales - Santa Ana

    3.10.2013 - 136km

    O świcie zwinąłem namiot i podjechałem do granicy USA z Meksykiem. Do Meksyku kolejki nie ma, do USA kolejka spora. Na granicy urzędnik wypełnił za mnie wniosek, wbił kolejną pieczątkę w paszporcie oraz wpisał mnie do komputera. Wjazd do Meksyku dosyć kosztowny. Możliwość pobytu turystycznego do pół roku to opłata 26 dolarów. Różnica pomiędzy amerykańską a meksykańską częścią miasta Nogales jest ogromna. Za wysokim murem oddzielającym oba kraje wszystko było inne. Wąskie i dziurawe drogi, tłok na ulicach i meksykanie którzy bardziej niż amerykanie przyglądają mi się, pozdrawiają i zaczepiają. Meksyk trochę przypomina mi Indie chociaż tutaj kierowcy nie jeżdżą tak tragicznie jak hindusi. Z Nogales wyjechałem tak szybko jak do niego wjechałem. Na stacji paliw kupiłem wodę i małe ciasto i tu zaczęły się kolejne problemy. Na kolejnej stacji nie mogłem wybrać pieniędzy z bankomatu ani zapłacić kartą. Próbowałem jeszcze kilka razy na innych stacjach i bankomatach jednak na marne.

CYKLOID PRO

Projektowanie serwisów internetowych

logo-CykloidPRO-270