Jesteś tutaj:   CYKLOiD.pl


Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu

Autor  | Opublikowano: 30-październik-2006 | Odsłony 2392
Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Samolot Rosyjskich Linii Lotniczych wylądował na lotnisku w Pekinie punktualnie o 6.00. Odebrałem rower i bagaż, spakowałem sakwy i ruszyłem w stronę wyjścia. Z pobłażliwym uśmiechem powitałem taksówkarzy oferujących podwiezienie do centrum. Mam rower. Jestem niezależny, myślę i z pewną miną ruszam w stronę najbliższego skrzyżowania. Chińskie niezrozumiałe znaczki na wielkich drogowskazach osłabiły trochę mój entuzjazm.

Przepraszam, czy może mi pan pomóc?

Zaczepiam najbliższego przechodnia, pytając najprostszym angielskim, jak dojechać do centrum. Przechodzień ów nie tylko nie odpowiedział na moje pytanie, ale zupełnie mnie zignorował, przechodząc obok, jakby mnie wcale nie zauważył. Zgoda, pomyślałem, mógł nie znać języka, ale wyraz mojej twarzy 'czy-może-mi-pan-pomóc?', był chyba aż nadto czytelny.

Opieram rower o ścianę i czyham na następną ofiarę. Wolnym krokiem zbliża się staruszek. Prawie zaszedłem mu drogę i pytam o drogę do centrum. Dziadek uśmiechnął się, dotknął ręką ucha a potem ust i z niegasnącym uśmiechem poszedł dalej w swoją stronę. Niemowa, czy co? Jeszcze kilka osób podobnie ignorujących moją osobę i wsiadam na rower, decydując się na skręt w lewo. Dobra decyzja, za kilka kilometrów, na ruchliwej drodze pojawiają się dające się odczytać litery.

Po około godzinie spokojnej jazdy docieram do centrum. Wszędzie chińskie znaki! Stojąc prawie na środku skrzyżowania, rozglądając się na wszystkie strony ze stropioną miną i rozłożoną, powiewającą przede mną mapą, musiałem wyglądać jak ktoś, kto chciałby się zapytać o drogę. Niestety, Chińczycy okazali się zupełnymi ignorantami w dziedzinie odczytywania pozawerbalnej mowy ciała. Z całego tłumu ruszających na zielonym świetle rowerzystów i motocyklistów jedynie kilka osób rzuca mi ukradkowe, puste, bezbarwne spojrzenie. Muszę wskazać kogoś palcem, zapytać konkretną osobę, pomyślałem.

- Hello, sir, can you help me? - pytam stojącego obok rowerzystę.

- Heh... - uśmiecha się.

To nic, że jeszcze pali się czerwone światło. Rusza do przodu, a za nim rozpędza się reszta dwukołowej masy. Pani z gwizdkiem na skrzyżowaniu wyraźnie ponagla, aby ruszać. Naciskam na pedały i próbuję szczęścia po drugiej stronie ulicy.

Schodzę na chodnik. Pieszy tak łatwo nie ucieknie. Pierwsza pani nawet na mnie nie spojrzała. Druga ominęła podejrzliwie, wreszcie trzecia zatrzymała się i z uwagą spojrzała na mapę. Podtykam pod nos nazwę ulicy i na migi pytam, czy to ta, na której stoimy. Kiwa potakująco głową. Mieszam się z setkami rowerzystów. Na kolejnym skrzyżowaniu pojawiły się 'normalne' litery. No, wreszcie wiem, gdzie jestem. Poczułem się, jakbym odnalazł ślad drogi na pustyni.

Czy ktoś tu mówi po angielsku?

Przed budynkiem dworca kolejowego kłębowisko ludzi. Zostawiam rower pod ścianą i ruszam na poszukiwanie kas. Owszem, znalazłem je bez trudu, ale na ścianach dworca, nad okienkami i na wszystkich bez wyjątku tablicach informacyjnych napisy tylko po chińsku! Podchodzę do stolika, przy którym siedzi troje umundurowanych Chińczyków. Pytam o pociąg do Lanzhou. Znów bariera komunikacyjna. Mężczyzna, do którego skierowałem pytanie, rozejrzał się nerwowo, napisał coś na kartce i podał mi ją bez słowa. Patrzę na kartkę, potem na pana, który wskazuje na ustawioną niedaleko tablicę, mówiąc '- train number'. O, to już coś, odszukam na tablicy numer pociągu i będę wiedział... no właśnie, co?, Skoro tablica pokryta jest chińskimi znaczkami, więc i tak nic z niej nie odczytam.

Przed tablicą stała dość duża grupa Chińczyków, ale moje pytania albo zupełnie ignorowali, albo kwitowali je wzruszeniem ramion. OK., spróbuję przy kasie. Ustawiam się w dość długiej kolejce i czekam na swoją kolej. Hura, kasjer mówi po angielsku! Niestety, dowiaduję się, że nie ma już biletów na dziś i na jutro i najwcześniej mogę wyruszyć pojutrze. Pytam o cenę. 2100 juanów! To przecież więcej, niż samolot, myślę i mówię, że chcę bilet najtańszy.

- Nie ma najtańszych - odpowiada kasjer.

Za sobą słyszę coraz głośniejsze pomruki, chyba Chińczycy w kolejce zaczęli się niecierpliwić. Wycofuję się powoli, przeciskając do wyjścia. Nie ma rady, muszę znaleźć kogoś mówiącego po angielsku, przecież chcę kupić bilet bez miejscówki, więc dlaczego kasjer nie chciał mi go sprzedać?

Nieoczekiwana pomoc i dworcowe imponderabilia

Po kilkukrotnych niepowodzeniach wreszcie natrafiam na dwóch chętnych do pomocy chłopaków. Zdziwili się bardzo, że chcę kupić bilet bez miejscówki, czyli 'no seat'. Tłumaczyli, że podróż jest długa, a w pociągu będzie na pewno bardzo ciasno. Zawsze będę mógł rozłożyć karimatę i położyć się na podłodze, ja z kolei tłumaczyłem swój punkt widzenia. Oczywiście, tym razem bez problemów kupiliśmy bilet do Lanzhou, który kosztował jedną dziesiątą tego, co proponował kasjer, czyli 210 juanów. Jeden z chłopców wkrótce odjechał i zostałem sam z Joe, który zobowiązał się zostać ze mną aż do odjazdu pociągu.

Po nadaniu roweru i sakw jako bagaż, wróciliśmy na dworzec i plątaniną korytarzy dotarliśmy na poczekalnię. Wszystkie plastykowe krzesła i ławy były zajęte, zresztą na podłodze też nie zostało wiele miejsca i z trudem znaleźliśmy kawałek, na którym dało się rozłożyć karimatę.

35copy

Oczywiście tak ogromnej masie ludzi w Chinach należy zapewnić jakieś zatrudnienie, choćby dla obcego jak ja, wydawałoby się to zupełnie absurdalne. Tak więc, aby dostać się na peron, należy przejść przez bramki, przypominające te w warszawskim metrze. I tu rzecz ciekawa - każdej z bramek pilnowały cztery osoby, do tego były jeszcze osoby odpowiedzialne za ustawianie kolejki (chyba po to, aby równo stała i sprawnie się przesuwała) i sprawdzanie, czy wszyscy w kolejkach mają dobry bilet. Na peron pasażerowie są wpuszczani dopiero po przyjeździe pociągu, czyli jakieś dwadzieścia minut przed odjazdem. Kolejka do bramek zaczyna się tworzyć jakąś godzinę przed ich otwarciem. W międzyczasie panie i panowie od ustawiania kolejki sprawdzają bilety stojącym cierpliwie podróżnym. Potem zresztą bilety te są sprawdzane raz jeszcze przy bramkach i przed wejściem do pociągu. Ciężko byłoby pojechać na gapę. Kolejka była imponująco długa, ale przechodzenie przez bramki odbywało się niezwykle sprawnie.

Nowe znajomości

Joe odprowadził mnie na sam peron. Mógł tam wejść, bo miał specjalny bilet wejściówkowy. Pociąg był niemiłosiernie zatłoczony u wejścia, ale w środku było więcej miejsca. Przecisnąłem się do środka wagonu, co łatwo mi nie przyszło. Pociąg ruszył bezgłośnie, a ja nie zdążyłem dopchać się do okna, aby pomachać przyjacielskiemu Joe. Dookoła mnie grupa dziesięciolatków ubranych w jednakowe, żółte podkoszulki przyglądała mi się z zaciekawieniem. Zaczęły się pierwsze zaczepki.

- Hello!

- Hello, how are you? - odpowiedziałem pierwszej, siedzącej najbliżej mnie parze, co wzbudziło niesamowity entuzjazm reszty.

Piskliwe Hello, hello! osaczyło mnie ze wszystkich stron, połączone z nieopisanym chichotem, wrzawą i ogólnym poruszeniem w całym wagonie. Było bardzo ciasno, o rozłożeniu karimaty nie było mowy, zapowiadała się rzeczywiście ciężka podróż.


Moim celem nadrzędnym stało się teraz przesunięcie łokciami i barkami stojącego obok pana, tak, abym mógł oprzeć się o siedzenie, albo nawet spróbować usiąść na podłodze. Po kolejnym mocniejszym hamowaniu naparłem całym ciałem, zrobiłem krok do przodu i błyskawicznym ruchem usiadłem na czerwonym dywanie, krzyżując jednocześnie nogi. Oczywiście, pan za moment na mnie nadepnął, ale spojrzawszy w dół, mruknął coś tylko z niesmakiem. Jeszcze tylko karimata pod tyłek, ramiona na kolana i mogłem próbować zasnąć. Niestety, przysypiałem na moment, by za chwilę być deptanym przez współtowarzyszy podróży. Po jakiejś godzinie takiego przysypiania dziewczęta zaprosiły mnie do siebie. Warto było się z grupką zaprzyjaźnić, gdyż wciśnięty pomiędzy chude ciałka, mogłem jako tako przespać noc na wygodnym fotelu.

Droga do Golmud i 'wyjątkowa' oferta

Około 15.00 byliśmy w Lanzhou. Zapobiegliwy Joe napisał mi na kartce nazwę miejsca, do którego miałem się udać po bagaż i rower, więc ze znalezieniem nie miałem większych problemów. Wszedłem do budynku wyglądającego jak wielki garaż i ustawiłem się w jednej z czterech kolejek. Wydawanie bagażu przez pracujących w hali pracowników niemiłosiernie się przeciągało. Wreszcie mogłem podać swój kwitek i za moment zobaczyłem wychodzącego z hali mężczyznę z moim rowerem. Za chwilę następny tragarz doniósł wór z resztą bagażu. Przed halą przepakowałem rzeczy i ruszyłem do hotelu. Umyłem się, przebrałem, rozłożyłem na łóżku. Momentalnie zasnąłem. Obudziło mnie krzątanie się pokojówki, która przyniosła termos z herbatą i szklanką. Zza okna dobiegał mnie hałas z ulicy. Wyjrzałem przez okno. Zielone taksówki, riksze, ciężarówki, tłumy ludzi. Jakoś nie miałem ochoty na spacer.

Kolejne dwa dni upłynęły mi na podróży autobusem do Golmud, skąd miałem się następnie udać do Lhasy, stolicy Tybetu. Na dalszą drogę potrzebne jednak było specjalne pozwolenie. Na pierwszym piętrze hotelu Golmud, mieszczącym biuro CITP dowiedziałem się, że samego pozwolenia kupić nie mogę. Muszę wykupić udział w wycieczce w Lhasie i bilet na autobus, całość za jedyne tysiąc siedemset juanów (równowartość około siedmiuset złotych). Po pertraktacjach, w drodze wyjątku, dowiedziałem się, że mogę kupić bilet za tysiąc sto, bez konieczności wykupywania udziału w wycieczce. Nie pozostawało mi nic innego, jak przystać na tą 'wyjątkową' ofertę...

120copy

Rowerem po Tybecie?! - zabronione!

Po bardzo męczącej, trwającej prawie dwadzieścia trzy godziny podróży, dotarłem wreszcie do Lhasy, gdzie w siedmioosobowej sali hotelu Snowland dostałem łóżko za dwadzieścia pięć juanów (około dziesięć złotych). Kilka kolejnych dni spędziłem na aklimatyzacji i zwiedzaniu miasta i okolic. Czekała mnie jeszcze wizyta w PSB (Biurze Bezpieczeństwa Publicznego), gdzie chciałem zaczerpnąć informacji o możliwościach podróżowania po Tybecie rowerem. Dowiedziałem się, że nigdzie z Lhasy nie wolno się samemu ruszyć, a już nie daj boże na rowerze! Muszę wykupić udział w zorganizowanej wycieczce, a o żadnym pozwoleniu na podróż nie ma mowy. Zostałem jeszcze poczęstowany jakimiś niewiarygodnymi historiami o przyłapanych turystach, podróżujących bez zezwolenia, którzy to musieli potem płacić jakieś horrendalnie wysokie sumy. Cóż, pomyślałem, będę to musiał sprawdzić na własnej skórze...

Czas tam się zatrzymał...

Lhasa jest niesamowitym miejscem, które ciągle jeszcze pozostaje tybetańskim miastem, choć z roku na rok, zapewne coraz bardziej będzie się upodabniać do innych chińskich miast. Ludzie, zapachy, kolory, słowa, gesty, uśmiechy. Świątynie, z których najświętsza, Jokhang, jest bezustannie otaczana przez tłumy pielgrzymów. W środku zupełnie inna rzeczywistość. Czas się jakby zatrzymał. Chrobotanie obracanych młynków, rozłożone na ziemi nie postacie, ale ich pogrążone w modlitwie cienie, półmrok, zapachy, klimat czegoś podniosłego, jakby uroczystość bez konferansjera, przechodzące cienie, popychające, ponaglające, jakby w transie błądzące, w jedną stronę zmierzające, czasem uśmiech, czasem ktoś cię szarpnie za rękaw i szepnie Dalajlama, uniesione dłonie, rytmicznie opadające i wznoszące się ciała, rozpostarte, zgniecione, ocierające się o siebie, przygarbione, zasępione, w modlitwie zatopione, zamyślone, i znów zapachy, oddechy, dym kadzideł, płomyki prześlizgujące się pomiędzy przezroczystą, lekko zamgloną zasłoną oddechów świec, lampek maślanych, naprędce zapalanych, dokładanych, kolorowymi ciałami otaczanych i jeśli jest gdziekolwiek coś, czego Chińczykom nie udało się jeszcze zniszczyć, zbrukać, zmienić, ośmieszyć, to jest właśnie tutaj, w tych ludziach, w tych zapachach, w ludzkich spojrzeniach, w modlitwach, w półmroku tego miejsca i czymś jeszcze, na co nie ma słów.

Tybetańska gościnność

119copyPo trzech dniach pobytu w Lhasie rozpocząłem wreszcie podróż na rowerze, kierując się tzw. południową drogą przez przełęcze Karo i Kampa do Gyantze. Za Dagar przejeżdżam most, strzeżony po obu stronach przez uzbrojonych, stojących na baczność strażników. Nie zatrzymują mnie, odprowadzają tylko wzrokiem, a ja obdarzam ich szerokim uśmiechem. Za mostem skręcam w prawo, kierując się w stronę przełęczy Kampa. Wieczorem dojeżdżam do wioski Kongar, gdzie zostaję zaproszony przez przyjaznych Tybetańczyków na nocleg. Poczęstowano mnie tybetańską herbatą - z solą i dodatkiem masła z mleka jaka. W małą miseczkę wsypano jęczmienną mąkę. Wymieszana z herbatą, tworzy campę - narodowe danie Tybetańczyków. Kobieta przyniosła wielką kość, z której odkroiła kawałek mięsa i dodała do ciasta. Choć bardzo się starałem i przeżuwałem mięso dobre kilka minut, nie mogłem pozbawić go konsystencji i smaku starej podeszwy. Głupio też było mi wypluwać cenny dodatek, więc zmieszałem w ustach mdławą, mączną papkę i jakoś ją połknąłem. Widziałem, że kobieta ma ochotę dołożyć mi mięsa, ale stanowczo zaprotestowałem, tłumacząc, że mam już dość.

Dostałem również ryż z mlekiem na kolację, podczas której trochę 'pogawędziliśmy' - tyle, na ile pozwalał zasób słownictwa i zwrotów z przewodnika. Nawet proste zdania, typu: 'Ile masz lat, Ile masz dzieci, Skąd jesteś, Lubię Tybet', sprawiają, że nawiązuje się nić sympatii i łatwiej zjednać sobie zupełnie obcych przecież ludzi. Pokazywałem zdjęcia z Polski i mojej rodziny, pokazywałem zdjęcia z przewodnika i z moich poprzednich podróży.

Pierwszy nocleg z tybetańską rodziną

Duży pokój, w którym siedzieliśmy, zdawał się być jedynym zamieszkanym. Dwa pozostałe, sądząc po sprzętach i po tym, co w nich się znajdowało, służyły za przechowalnię narzędzi i spiżarnię. Pokój był bardzo skromny; drewniany stół, gliniane ławy, przykryte derkami i duży, bardzo kolorowy regał stanowiły całe wyposażenie. Na jednej ze ścian wisiał obraz Buddy Maitreji, a obok portret Mao Tze Tonga, na tle pałacu Potala w Lhasie.

Poszedłem spać wcześniej, niż domownicy, rozkładając karimatę w kącie na glinianej podłodze i zagrzebując się szczelnie w ciepły, puchowy śpiwór. Wydawało mi się, że czekali, aż się położę, gdyż wtedy zaczęli zachowywać się jakby swobodniej. A może mi się tylko zdawało? Wszyscy spali razem na jednej, pokrytej deską, glinianej ławie, przykryci mnóstwem nie pierwszej czystości koców i szmat. Kiedy leżałem już w ciepłym posłaniu, tata opowiadał coś dzieciom na dobranoc, głosem miękkim, ciepłym, aksamitnym. Kojąca melodia języka, którego nie znałem, dochodziła do mnie cicho, łagodnie, prawie szeptem.

51copy

Kiedy rankiem zostałem obudzony, na zewnątrz jeszcze panował półmrok. Chyba jednak nie wyglądałem na kogoś, kto zamierza wstać, bo gospodarz wykonał gest ręką, który odebrałem jako 'śpij dalej'. Zresztą i tak już zasnąć nie mogłem, bo obsiadały mnie bardzo upierdliwe muchy i chcąc nie chcąc, przed siódmą wygrzebałem się ze śpiwora. Na śniadanie to, co na kolację, czyli ryż z mlekiem i campa. Na pożegnanie zostawiłem kilka zdjęć z Polski, gliniane figurki, jeszcze jedne opakowanie herbatników i polski grosik. Czy zostawiłem coś jeszcze? Mam nadzieję, że tak...

Bariery komunikacyjnej ciąg dalszy

W południe następnego dnia wjeżdżam na przełęcz Kampa, skąd roztacza się wspaniały widok na jezioro Yamdrock i odbijające się w nim szczyty Himalajów. Jadąc wzdłuż zachodnich brzegów jeziora, docieram wieczorem do wioski Yarsik. Pierwsze kroki skierowałem do restauracji. W przeokropnie zadymionym pomieszczeniu próbowałem zamówić posiłek. Ryż z warzywami najbezpieczniej. Przysiadł się do mnie jakiś młody chłopak, ale rozmowa szła ciężko. Cóż z tego, że potrafiłem sklecić kilka pytań po tybetańsku, kiedy nie rozumiałem udzielanej na nie odpowiedzi! Próbowałem od niego wyciągnąć informacje, gdzie ewentualnie mógłbym się przespać, licząc, że może zaproponuje mi nocleg u siebie.

Po skończonym posiłku zaprowadził mnie w pobliże jakiejś rudery i na migi pokazał, że mogę w niej spać. Przynajmniej powinienem być tu bezpieczny, pomyślałem. Do środka jednak ostatecznie nie wszedłem, głównie z powodu panującego tam smrodu i obawy przed nieznanym robactwem, a namiotu nie chciałem tam rozstawiać. Położyłem się pod ścianą, na ziemi, w miejscu częściowo zadaszonym i osłoniętym od wiatru. Zasnąłem jak kamień.

W stronę przełęczy Karo

Rano nie mogłem otworzyć lewego oka. Jakieś paskudztwo musiało mnie w nocy ugryźć i mocno spuchła mi powieka. Spojrzałem w lusterko - hehe - mogłem straszyć dzieci. Doskonały, naturalny środek prewencyjny przed natarczywością i atakiem maluchów! Kiedy już byłem prawie gotowy do odjazdu, zza rogu budynku pojawiły się dwie dziewczynki ze szczoteczkami do zębów w rękach! Byłem chyba równie zaskoczony, jak one. Dziewczynki ze zdziwienia nie mogły wykrztusić słowa. Stały tak i patrzyły, jak znoszę rower po schodach ganku i machnąwszy ręką na pożegnanie znikam za obdrapanym murem. Za moment dobiegł mnie długi pisk i przeciągłe 'Hello! Hello! Goodbye!'

Późnym popołudniem nieoczekiwana przeszkoda- szlaban wzdłuż drogi, który widziałem już z daleka. Obok mała budka, z której wyglądała zaciekawiona postać. Obdarzam umundurowanego mężczyznę szerokim uśmiechem i płytkim rowem omijam przeszkodę. Na wszelki wypadek naciskam mocniej na pedały, gdyby żołnierzowi przyszło do głowy mnie zatrzymać i sprawdzić jeszcze jakieś pozwolenia. Według pracowników PSB z Lhasy, na podróż tutaj powinienem mieć specjalny 'permit'. Obejrzałem się za siebie po chwili, ale nikt mnie nie wołał, ani nie gonił.

94copy


Kilka kilometrów dalej skończył się asfalt, ale droga była w dość dobrym stanie, wysypana drobnym żwirkiem, po którym gładko sunęły grube opony. Chwilami miejsca między ścianą urwiska a stokiem opadającym do doliny były tak wąskie, że ledwo mogłem przejść z rowerem. To dlatego zapewne był ten szlaban na drodze za Nagartze i prawdę mówili poznani turyści w Lhasie, że nie można samochodem dojechać do Gyantse przez przełęcz Karo.

Niespodziewani goście

Na nocleg zatrzymałem się przy małym strumyku, aby mieć wodę do umycia się i przygotowania posiłku. Kiedy po wieczornym spacerze wracałem do namiotu, w zapadającym zmroku dostrzegłem z oddali trzy ciemne sylwetki. Zapewne tubylcy, ale skąd się oni tam wzięli? Mężczyźni byli bardzo zainteresowani wszystkim, co było w namiocie, a jeden miał już na sobie moją kurtkę! Trochę zajęło mi czasu i wysiłku tłumaczenie, że nie mogę dać mu tej kurtki, gdyż to moje jedyne ciepłe okrycie i będzie mi potrzebne na dalszą jazdę.

Obmacali wszystko, co było w zasięgu ręki, prawie wchodząc do namiotu. Aby 'obłaskawić' niespodziewanych gości, poczęstowałem ich karmelkami. Choć kubki smakowe mają zapewne inne, co wnioskuję po zawartości przypraw w ich posiłkach, mleczne karmelki zdecydowanie przypadły im do gustu. Z pomocą mini słownika i języka gestów, dowiedziałem się, że byli tu po jakieś zioła, których część mi zostawili. Ale co ja miałem z nimi zrobić? Zagotować? Zjeść? Zapalić?

- Tak, jestem sam, jadę do Gyantze, jestem z Polski - odpowiadałem na zadawane pytania.

Równie dobrze mogłem powiedzieć, że jestem z Pacanowa albo z Burkiny Faso, jedno i drugie stanowiłoby dla nich zupełną abstrakcję. Kangari (rower po tybetańsku) wzbudził bardzo duże zainteresowanie moich niespodziewanych gości. Podobnie jak spotykane po drodze dzieci, bawili się przerzutkami i z ciekawością naciskali dźwignie hamulców. Wracali do Nagartze i czekali na przejeżdżającą ciężarówkę. Było już zupełnie ciemno, kiedy w oddali zobaczyliśmy światła zbliżającego się pojazdu. Zerwali się szybko, pozdrowili po tybetańsku i pomknęli w stronę drogi. Wreszcie mogłem iść się umyć. W poświacie księżyca pluskałem się w wartkim strumieniu rzeczki. Woda co prawda zimna, ale wspaniale orzeźwiająca.


Wizyta w wiosce Sasuma

Następnego dnia pokonuję przełęcz Karo i kieruję się na północny-zachód w stronę Gyantze. Co kilka kilometrów mijam namioty robotników drogowych. Przy jednym z obozów zostaję zaproszony na posiłek. Ryż, ryba i jakieś warzywa z jednej misce, wszystko niemiłosiernie ostro przyprawione. Robotnicy wydawali się być zdziwieni, że rezygnuję z ryby i zajadam sam ryż. Wśród wzajemnego ciamkania, pobekiwania, chrząkania i spluwania uśmiechamy się do siebie. Pełna symbioza. Nawet nieznajomość języka nie jest przeszkodą w wyrażaniu uczuć wdzięczności. Dziękuję za posiłek i w dół po ostrych kamieniach.

Zjazd zdaje się nie mieć końca. Wreszcie wyjeżdżam z wąwozu na otwartą przestrzeń, z cichą nadzieją, że nawierzchnia się poprawi. Niestety, ciągle doły, muldy, kamienie i objazdy. Pomimo dużego spadku nie mogę rozpędzić roweru, bo ciągle muszę hamować. Po kolejnej godzinie jazdy, droga wyrównała się nieco i późnym popołudniem docieram do wioski Sasuma.

Wioska jest położona nieznacznie powyżej budowanej drogi i aby dotrzeć do pierwszych zabudowań, musiałem jeszcze pokonać krótki, ale bardzo stromy podjazd. Pierwszy napotkany tubylec na moje pytanie o restaurację, albo o sklep w wiosce, rozkłada bezradnie ręce. Przybiegają dzieci, jest kilkoro starszych, próbuję więc z nimi. W czasie kiedy walczyłem z natarczywością małych łobuzów, próbujących otworzyć tylne sakwy, nadszedł starszy mężczyzna i wyraźnie dał mi do zrozumienia, abym poszedł za nim. Zrozumiałem, że pyta mnie, czy nie chcę zostać na noc w jego domu. Decyduję się bez wahania. Wciągam rower przez bardzo wysoki próg na nieduże podwórko, na którym biegają rachityczne kury, a dwie wychudzone krowy zajadają suchą paszę.

Zostaję zaprowadzony do maleńkiego, ciemnego pokoju. Mała szafka i łóżko pod oknem stanowiły całe wyposażenie. Wielka kupa rzuconych pod ścianą starych koców, płaszczy, pledów i przeróżnych tkanin wydzielała specyficzny zapach lekkiej zgnilizny. Witam się z żoną gospodarza i dwójką małych dzieci. Wszyscy bacznie obserwują, kiedy rozpakowuję sakwy i wykładam rzeczy na łóżko. Z reklamówki rozsypały się lekarstwa, które natychmiast są z uwagą obmacywane. Te pigułki są do uzdatniania wody, tłumaczę, te na bolące gardło, tamte to witaminki, a te na biegunkę. W końcu ciekawość domowników została zaspokojona i zostawili mnie samego w pokoju.

33copy

Czy tu jest jakiś sklep? Głoooodny!

Nie zanosiło się na to, abym dostał coś do jedzenia, a byłem coraz bardziej głodny. Postanowiłem więc pójść i poszukać sklepu. Jako przewodnika dostałem starszego syna, który miał mnie do wioskowego sklepu zaprowadzić. Moja osoba wzbudzała wielkie zainteresowanie każdego mijanego mieszkańca wioski. Zatrzymaliśmy się przed jakąś zamkniętą na wielką kłódkę budą, która w niczym sklepu nie przypominała. 'Może sprzedawca zrobił sobie przerwę?', pomyślałem. Chłopiec krzyknął kilka razy głośno w stronę pobliskich zabudowań, ale nikt nie odpowiedział. Poszliśmy dalej. Druga buda, podobna do poprzedniej również była zamknięta. Tym razem chłopiec wykrzykiwał dobre pięć minut. W końcu przyszedł do niego jakiś kolega i chłopcy zaczęli się bawić strzelaniem z procy do gołębi. Trochę zirytowany powtarzałem po tybetańsku: sklep, sklep. Ruszamy dalej, tym razem w górę wioski. Po nierównych kamieniach chłopcy skaczą jak kozice, ledwo za nimi nadążam.

Po drodze spotykamy grupkę kobiet. Mogłem się domyślić, jak przebiegała rozmowa między nimi, a 'moimi przewodnikami'.

- Dokąd idziecie?

- Do sklepu.

- Ale przecież na górze nie ma sklepu, musicie wrócić do wioski - powiedziały kobiety.

 

I rzeczywiście. W tył zwrot i schodzimy tą samą drogą, która kosztowała mnie tyle wysiłku, aby po niej wejść.

Zza którymś z zakrętów chłopiec pokazuje widoczny z oddali namiot robotników, powtarzając, 'sklep', 'sklep'. Niemiłosiernie złorzecząc, wracam po rower z zamiarem wyjechania stamtąd jak najszybciej. Domownicy powitali mnie pytającym spojrzeniem, a ja na migi wyjaśniłem, jak to zrobiliśmy sobie spacer po okolicy, że jestem bardzo głodny i zmęczony i że mam dość tego miejsca i jadę dalej. Podziałało. Za chwilę dostaję campę i tybetańską herbatę. Humor od razu się poprawia. Wraca syn i jest mocno zrugany przez tatę. Z tego co rozumiem, ma mnie jeszcze raz zaprowadzić do sklepu. Nie mam ochoty na kolejny spacer dookoła wioski, ale tata nalega abym z synem poszedł. Za moment znów jesteśmy przed pierwszą budą, która rzeczywiście okazuje się być sklepem, ale bardzo marnie zaopatrzonym. Kupuję chińskie zupki, napoje, ciastka i batoniki dla latorośli gospodarza. Batoniki dałem im przed sklepem, co było trochę niemądre z mojej strony, bowiem za moment obskoczyła mnie wataha dzieciaków, które także chciały coś dostać.

Zupki zjadłem na kolację i miałem się już kłaść spać, kiedy to wszedł pan gospodarz ze świeczką i na migi pokazał, że zaprasza mnie na kolację. W drugim pokoju służącym za kuchnię, sypialnię i jadalnię tliło się nikłe światło. Zanim podano główne danie, wypiłem chyba z dziesięć filiżanek herbaty. Zresztą nie sposób wypić mało, bowiem jak tylko siorbniesz odrobinę z naczynia, czy szklanki, zaraz ktoś dolewa z termosu do pełna. Trzeba bardzo mocno protestować, aby nie dostać dolewki. Wreszcie podano do stołu. Z wielkiego gara, pani domu wielką chochlą nałożyła ryż i ziemniaki pokrojone w cienkie plasterki. Te ostatnie były prawie surowe, ale i tak smakowały pysznie, szczególnie po chińskich zupkach i mące, którą zajadałem od kilku dni. Dzieci wciągały jedzenie, jakby nie jadły od tygodni, ale w rzeczy samej, nie widziałem, odkąd przyjechałem, aby cokolwiek jadły, poza batonikami, które dostały ode mnie. Trochę poopowiadałem o sobie, pokazałem zdjęcia, polskie pieniądze, trochę się powygłupiałem z maluchami, wypiłem kolejne dziesięć filiżanek herbaty i z pełnym brzuchem udałem się do mojego ciemnego pokoju na spoczynek. Spałem błogo.

54copy

Wizyta w Gyantse

Następnego dnia czekał mnie jeszcze kilkukilometrowy podjazd na przełęcz Simi, wzdłuż brzegu turkusowego jeziora, w którego tafli cudownie odbijały się otaczające go szczyty. Za przełęczą ciąg dalszy morderczych wybojów, przeszkód i objazdów, aż po kilku godzinach jazdy moim oczom ukazała się wreszcie upragniona dolina, która miała mnie doprowadzić do Gyantse. Miał się tam odbyć festiwal tybetański, którego największe atrakcje zaplanowano na późny wieczór. Na placu pod Pomnikiem Bohaterów, przy jednym z głównych skrzyżowań, ustawiono wielkie ogniska, wokół których zaczęły się tańce. Tybetańczycy poubierani w ludowe stroje tańczyli w kręgach dookoła ognisk, a na koniec, po zmroku, obejrzałem najwspanialszy pokaz ogni sztucznych, jaki dany mi było w życiu oglądać. Po pokazie, ogniska zaczęły się dopalać i ludzie powoli zaczęli opuszczać plac, choć impreza pod pomnikiem trwała do białego rana. Kiedy wróciłem do hotelu, zza okna ciągle dobiegały mnie głośne dźwięki. Dyskotekowy, jednostajny łomot zakończył tybetański festiwal w Gyantze.

Moja podróż jest nielegalna!

Późnym popołudniem następnego dnia dojeżdżam do Shigatse. W mieście najpierw udaję się do biura PSB (Biura Bezpieczeństwa Publicznego). Przed drzwiami na tablicy kilka ogłoszeń, w tym jedno adresowane do indywidualnych turystów. 'Czyli i do mnie' - myślę i czytam z zaciekawieniem. Piszą, że w PSB nie otrzymam żadnego pozwolenia na dalszą podróż, a można je dostać tylko w hotelu Tenzin. Chcąc się samemu przekonać, czy to rzeczywiście prawda, wchodzę do budynku i udaję się na pierwsze piętro, gdzie poznaję grupkę holenderskich turystów. Czekają na pozwolenie na podróż do Gyantse i Lhasy, a które to pozwolenie załatwia im piętro wyżej przewodnik. 'Ale przecież do Lhasy nie jest potrzebne żadne pozwolenie!' mówię. 'Ale my jesteśmy grupą i przewodnik powiedział nam, że bez pozwolenia nie możemy jechać', odpowiedział jeden z turystów. 'Co za bzdura' - pomyślałem, nie próbując ich przekonywać, że nie mają racji. Jak chcą, to niech płacą.

Pani przy okienku na razie zajęta. Oprócz nas jest na piętrze jeszcze troje tubylców. Po kwadransie pani zwraca się do mnie całkiem niezłym angielskim pytając, co mnie tu sprowadza.

- Chciałbym kupić pozwolenie - mówię.
- Jakie pozwolenie? - pani wygląda na zdziwioną.
- No... Alien's Travel Permit - dodaję, tym razem ja okazując zdziwienie.
- Ale my nie wydajemy żadnych zezwoleń, pani na to.
Oho, zaczęło się, pomyślałem.
- No to gdzie mam pójść, aby je dostać? Chciałbym pojechać do bazy pod Everestem i może do Kathmandu - tłumaczę. O rowerze oczywiście nie wspominam, ale stojąc w spodenkach-kolarkach, z rękawiczkami na dłoniach i z prędkościomierzem na blacie okienka, chyba nie wyglądam na podróżującego autobusem.

Pani mówi o jakichś departamentach i policji, w końcu jej niegrzecznie przerywam i mówię, że chcę pozwolenie kupić tutaj.

- Musisz pojechać do Lhasy.

- Ale ja przecież przyjechałem właśnie z Lhasy i tam turyści mówili, że pozwolenie kupię w Shigatse.

- To niemożliwe - kwituje pani i dodaje - Musisz pojechać do Lhasy i tam dostaniesz pozwolenie.

- Ale ja byłem w Lhasie w PSB i oni nie chcieli mi dać pozwolenia nawet na podróż do Shigatse! - tłumaczę najłagodniej, że nie będę się teraz wracać do Lhasy po pozwolenie, którego i tak nie dostanę i chcę go kupić tutaj.

Wyciągam anglojęzyczny przewodnik i podtykam pani pod nos pokazując, gdzie jest napisane, że pozwolenie można dostać w Shigatse.

- To jest niemożliwe - słyszę w odpowiedzi.

Tłumaczę raz jeszcze, że przyjechałem na rowerze z Lhasy przez przełęcze Karo i Kampa i nie będę się tam teraz wracać, bo droga jest długa i ciężka, zresztą jadę w drugą stronę.

- Co, pan jedzie na rowerze?! Nie wolno, nie można na rowerze i w dodatku samemu jeździć po Tybecie! Pańska podróż jest nielegalna! - pani wygląda na lekko przestraszoną.

- Dobrze, więc pojadę jeepem, czy wtedy dostanę pozwolenie?

- Tak, ale musisz iść do FIT.

- Ale po co mam iść do FIT, przecież to wy wydajecie pozwolenia?

- Nie wydajemy samotnym turystom, musisz iść do FIT, dołączyć do jakiejś grupy i jutro przyjść tutaj.

Dalsza rozmowa nie miała sensu. Pomyślałem, że może jednak pójdę do tego hotelu Tenzin, jak sugerowała ulotka na dole, a jeśli i to nie pomoże, to jeszcze jutro przyjdę tutaj pomęczyć panią. Kropla drąży skałę nie siłą, lecz ciągłym padaniem.

40copy

Klasztor Shalu

W hotelu okazało się, że pozwolenie można załatwić niemal od ręki. Biegle władająca angielskim pani o imieniu Dicki inkasuje sto pięćdziesiąt juanów (około 65 zł) i jeszcze tego samego dnia można dostać upragniony papierek. Już go prawie od niej kupiłem, ale w trakcie rozmowy okazało się, że jest ważny tylko dziesięć dni, a ja zamierzałem jeszcze spędzić dwa dni w mieście i okolicy. Umówiłem się więc z Dicki na poniedziałek rano, a następnie udałem się na porządny obiad.

Nie zostałem w mieście na noc. Wróciłem kilkanaście kilometrów na południe do wioski Shalu. Pod klasztorem w wiosce zostawiłem rower, a sam wszedłem do środka. Nie mogłem zapukać, bo zamiast drzwi w wejściu zawieszono kolorową tkaninę, a na moje nawoływania odpowiadały tylko groźnie warczące psy. W środku natknąłem się na mnicha, który wystraszył się nie mniej niż ja. Za moment wszystko było jasne i serdeczni mnisi pozwolili mi rozbić namiot obok klasztoru, wewnątrz murów odgradzających obszerny dziedziniec od drogi.

Rano obudził mnie jeden z mnichów, śpiewając mantrę obok mojego namiotu. Hmm, dziwne wybrał sobie miejsce, pomyślałem. Skinieniem ręki wskazał mi klasztor i dotknął ust, dodając jedzenie. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Wszedłem do środka gompy. Poczęstowano mnie herbatą i campą. Było jeszcze dość wcześnie, kilka minut po ósmej, ale wydawało się, że mnisi zdążyli już posprzątać dziedziniec, pomodlić się, zjeść śniadanie, uporządkować ołtarze, napalić w piecu i potem czekali tylko na przybycie gości, którzy zaczęli pojawiać się w coraz liczniejszych grupach. Wszyscy odświętnie ubrani, z nabożeństwem i czcią wchodzili na teren dziedzińca, by tam pokłonić się najpierw przed ołtarzami, dosypując dymiącego się od rana kadzidła, a potem wejść do środka świątyni i pokłonić Buddzie.

Wszyscy mężczyźni przed wejściem ściągali czapki z głów, ale wchodzili w butach, co dziwiło mnie trochę, bo zwiedzając niektóre klasztory, byłem czasem proszony o zdjęcie obuwia. Po modlitwie, często w towarzystwie któregoś z mnichów, rodziny rozkładały duży koc na dziedzińcu w cieniu drzew i urządzali sobie piknik, wyjmując termosy z herbatą i miseczki na campę.

Ludzi podpatrywanie

Cały prawie dzień włóczę się bez celu po wiosce. Niby nic się nie dzieje, ale ciągle się na kogoś natykam. Kobieta nabiera wodę ze studni do wielgachnych naczyń. Dziecko na jej plecach zwisa bezwiednie z worka przewiązanego przez ramiona. Mała dziewczynka bawi się kołem od wozu. Starszy pan siedzi pod ścianą i ćmi papierosa. Ktoś przejeżdża na prymitywnym wozie ciągniętym przez osła. Po nocnych harcach, wychudłe, zabiedzone psy leżą w cieniu jakby zdechłe, nieruchome. Kobieta na rozłożonej folii rozrzuca ziarna. Mężczyzna w drewnianej konwie ugniata zioła, które potem wysuszy i użyje jako kadzidła. Przemyślne świecące talerze, wyłożone metalowymi płytkami, ogrzewają ustawiony na metalowym pałąku czajnik z wodą. A może z ryżem? Słońca pod dostatkiem, trzeba tylko pamiętać o przekręcaniu talerza, tak aby odbite promienie słoneczne ogniskowały się na naczyniu. Ktoś przepędza krowę. Wyciągnięte ręce dzieci. Czy kiedy odmówi im się po raz trzeci, setny, przestaną żebrać? Jakieś dziecko przystaje obok i bacznie mi się przygląda. Nie podbiega jak inne, nie ciągnie za rękaw bluzy. Podchodzę, ale ucieka. Zostawiam paczkę ciastek na drodze. Wraca, schyla się, bierze pudełko, ucieka.

75copySłońce ciągle niemiłosiernie praży. Idę od cienia do cienia. Za wioską już tylko słońce i przestrzeń i góry i niebieskie niebo i pola. Pochylone postacie zbierają zboże, na plechach znosząc do wioski. Cisza i spokój. Przy drodze w strumyku kobiety robią pranie, inne płuczą zboże. Rozrzucone na połaciach folii mienią się ziarna w słońcu kasztanową barwą. Chwila rozmowy, za moment irytacja. Chcą pieniędzy. Dlatego, bo jestem biały, bo mam fajny aparat, bo mam kolorowe ciuchy i na pewno wypchane pieniędzmi kieszenie. Dlaczego więc nie chcę się podzielić? 'Money, money, money', melodyjnie powtarzane jak refren piosenki.

Wieczorem kolejny raz zaproszony zostałem na posiłek. Ciągle jeszcze zjeżdżali się ludzie, aby się pomodlić i porozmawiać z mnichami. Od samego rana widziałem ich ciągle czymś zajętych, nawet obiad ze mną jedli w pośpiechu, by za moment powrócić do swoich zajęć. Ciągle zamiatali, dokładali kadzidła do ołtarzy, rozmawiali z przyjezdnymi, modlili się, przenosili ciężkie wory z wozów do spichlerzy, kręcili się tu i tam, ani na moment nie stojąc bezczynnie w miejscu. Dopiero wieczorem usiedli na ganku, wyciągnęli nogi i trwali tak bez ruchu, dopóki następny przyjezdny nie budził ich z letargu. A może z modlitwy?

Trzy psy, które wylegiwały się w cieniu w ciągu dnia, leżąc plackiem pod murem świątyni, w nocy dostawały nagłego przypływu energii, zamieniając się w bryzgające pianą z pyska krwiożercze bestie. O wyjściu z namiotu nocą za potrzebą mogłem zapomnieć. Przynajmniej nie na darmo wiozłem zapasową plastykową butelkę.

Sakja

W poniedziałek rano o 10.00 Dicki, jak zapowiedziała w piątek, przybyła z pozwoleniem na dalszą jazdę. Kiedy jednak zobaczyła, że mam rower, doradziła, abym kupił specjalne pozwolenie dla rowerzystów, które kosztuje trzysta juanów. Podziękowałem grzecznie, choć Dicki powtarzała, że bez specjalnego papierka nie przepuszczą mnie na punktach kontrolnych. Z pobłażaniem przytakiwałem, ale nowego pozwolenia nie kupiłem. I jak się miało później okazać, była to dobra decyzja.

Droga za miastem wznosi się jednostajnie w pustynnej niemal scenerii przez kilkadziesiąt kilometrów aż do przełęczy Tra. Suchy krajobraz i wypalona ziemia ciągną się aż po horyzont. Po pokonaniu kolejnej przełęczy skręcam na południe z zamiarem odwiedzenia klasztoru w Sakja. Mam pozwolenie, cieszę się w duchu i niestraszne mi są żadne patrole i punkty kontrolne. W przewodniku ostrzegali, aby pod żadnym pozorem nie zapuszczać się w te okolice bez odpowiedniego papierka. Wspaniała nawierzchnia i piękna pogoda pozwalały w pełni cieszyć się jazdą. Dwadzieścia pięć kilometrów pokonuję szybko i późnym popołudniem docieram do wioski. Żadnej kontroli, nawet śladu po jakimkolwiek punkcie kontrolnym.

Świątynia w Sakji naprawdę jest imponująca. Rozmachem architektonicznym, przestrzenią, atmosferą panującą w środku. Ogromne posągi Buddów patrzące z góry od kilku stuleci w przepychu szat i bogactwie zdobień. Dobrze mi się samotnie spacerowało po tym wyciszonym, pozostającym w półmroku, przesiąkniętym wonią aromatycznych kadzideł, magicznym rzekłbym miejscu.

57copy

Wychodzę na dziedziniec jakby rażony obuchem, oszołomiony światłem i krzykiem. Przyjechała wycieczka... swoją 'nadobecnością' zawłaszczając cały dziedziniec. Niektórzy prawie przytykają obiektywy aparatów i kamer do modlących się mnichów. A może właśnie tak ma być? I vice versa. My przytykamy obiektywy, wchodzimy nie pytani, dotykamy, nieodpowiednio się zachowujemy, ostatecznie zwalając każde faux pas na ignorancję, niewiedzę. Oni dotykają, macają, wchodzą do namiotu, biorą. Inność pociąga. Innego albo się boimy, albo próbujemy zawłaszczyć.

Kolejny nocleg w tybetańskiej wiosce

Za Sakją szukam noclegu. Późnym wieczorem zatrzymuję się przy grupie zabudowań. Najpierw otacza mnie chmara dzieciaków. Potem pojawia się starowinka, ale nie daje mi szans na wysłowienie się i znika za ogrodzeniem. Już mam zamiar pojechać szukać szczęścia dalej, ale starowinka pojawia się ponownie w towarzystwie koleżanki. Druga odważniejsza zbliża się do intruza. W mig pojęła, o co pytam. Skinęła, abym poszedł za nią. Namiot rozbiłem obok jej chałupki, do której trzeba się było wdrapać po dwóch rzędach schodów, a następnie dwóch drabinach. Rower został na dole, ale już za ogrodzeniem. I proszę - jednak znają pojęcie prywatności.

Rozstawiłem namiot i wszedłem do środka. Nie byłem głodny, chciałem jak najszybciej zakopać się w ciepłym śpiworze i zasnąć. Po drabinie wspinał się jednak ktoś jeszcze. Nadszedł mężczyzna w średnim wieku, zapewne syn tej staruszki. Próbowałem zapytać, czy mieszkają tylko we dwoje, ale chyba mnie nie zrozumieli.

Oczywiście, nie obyło się bez macania wszystkiego dookoła i oglądania zawartości sakw z żywym zaciekawieniem i nieukrywanym przejęciem. Prawdziwa szkoła cierpliwości i opanowania. Uparli się, abym wszedł do środka izby. W śpiworze sypiam raczej bez ubrań, więc delikatnie próbowałem im wytłumaczyć, aby sobie poszli i abym mógł się z powrotem ubrać. W końcu bezceremonialnie zamknąłem suwak namiotu przed nosem gospodarzy i szybko się ubrałem. Na ścianie w środku chaty standardowo plakat z pałacem Potala, a obok portret Mao Tse Tunga. Dostałem jakąś blaszkę na pamiątkę, dałem w zamian polską monetę, a wtedy gospodarz zabrał mi blaszkę. Hmm, pewne rzeczy pozostaną dla mnie nie do przeskoczenia.


Gościnność inaczej

Kiedy się obudziłem i wyjrzałem z namiotu, nad sobą ujrzałem twarz gospodyni. Na szczęście byłem już w bieliźnie. Poranne macanie rozpoczęte. Zarośnięte nogi jak zwykle w centrum zainteresowania. Wkrótce dołączył gospodarz. Widać było, że bardzo wpadała mu w oko pomarańczowa kurtka. Macał ją długo powtarzając 'gift, gift, gift' i wskazując palcem na siebie, a ja tak długo kręciłem głową, że aż mnie szyja rozbolała. Należy mi się medal za cierpliwość, pomyślałem. Na śniadanie zaprosili do środka. Wstałem i zacząłem zakładać swoje obcisłe, długie, kolarskie spodnie. Pan na migi pokazuje, abym mu je podał. Za moment pani gospodyni przystawia je do spódnicy, pytając, czy może je dostać jako gift. Było mi jednocześnie trochę głupio i wstyd odmawiać, ale z drugiej strony moje rozdrażnienie ciągle wzrastało. No bo jak im wytłumaczyć, że to jedyne moje spodnie i nie mogę ich im tak po prostu zostawić?

Na śniadanie campa i herbata. Czułem się trochę nieswojo, jak ktoś, komu okazano pomoc, a nie chce (nie może?) się odwdzięczyć. Oczywiście zamierzałem zapłacić za gościnę, ale jakie było moje zdziwienie, kiedy pan podał mi kartkę z wyraźnie napisaną sumą, jaką mam zapłacić za posiłek i nocleg. Za pieniądze, jakie próbował wyprosić ode mnie, mogłem mieć nocleg w ekskluzywnym hotelu w Lhasie, a nie we własnym namiocie obok góry nawozu. Nie dojadłem posiłku, zostawiłem i tak pokaźną sumę pieniędzy i wzburzony wyszedłem się spakować.

Najpierw zniosłem po drabinie dwie sakwy i namiot, potem wróciłem po resztę. I co widzę? Pan gospodarz otworzył jedną sakwę, wyjął pomarańczową kurtkę i założył na siebie, powtarzając z uśmiechem gift! Tego już było za wiele! Dość długo przekonywałem go, aby ją zdjął. Byłem już na krawędzi użycia specyfiku, który wiozłem ze sobą do odparcia ataku wściekłych psów. Wreszcie zdjął kurtkę, oddał i wskazał na polar, który miałem na sobie. O cierpliwości! Co oni sobie myślą? Że w każdej wiosce będę oddawać część garderoby? Niedługo jechałbym w samej bieliźnie.

Bez pożegnania schodzę na dół, mocuję sakwy i wychodzę na ulicę, gdzie czeka już na mnie banda umorusańców. 'Money, money, money', jednostajne prośby otaczają mnie na ulicy. Wydzieram się jak szalony i wykorzystując chwilowe dzieci przerażenie, lekkie zaskoczenie i szczere zdziwienie, wskakuję na rower i ruszam dalej. Droga prowadziła z górki, więc szybko się rozpędziłem. Całe szczęście - puk, puk - tylko dwa kamienie stuknęły w sakwy.

109copy

Droga na Gyatso La

Bez żadnych złych przygód docieram do Lhatse. Odwiedzam supermarket i robię porządne zakupy, podczas których poznaję Niemkę Karinę i Chińczyka Jamesa. Oboje jadą na rowerach do Nepalu. Tzn. jadą tylko wtedy, kiedy jest ładna pogoda, dlatego większą część drogi do tej pory z Lhasy przejechali jeepami, albo autobusem.

Na obiad ryż ze szczypiorkiem i jajkiem. Dość długo siedzę w restauracji, wypijając przynajmniej dziesięć kubków herbaty. Około 17.00 ruszam w stronę przełęczy Gyatso. Około pięć kilometrów za miastem mijam punkt kontrolny, zaraz przed rozwidleniem dróg (droga na prawo prowadzi w okolice świętej góry Kailash). Przy lichej budce, z ponurą miną stali dwaj strażnicy, ale nawet nie odwzajemnili uśmiechu. Trochę szutru, trochę asfaltu, potem znów szutrowa droga, ale dość równa nawierzchnia, więc pomimo stromizny, podjazd mnie bardzo nie męczył.

Po drodze często mijałem robotników, ale większość zupełnie mnie ignorowała i nie odpowiadała na pozdrowienia. Może nie powinienem był się dziwić... Na wysokości 5.000 m. n.p.m. nosić ciężkie kamienie, tłuc w nie wielkim młotem, rękoma przerzucać grudy zmarzniętej ziemi, kopać doły, wozić taczki... Widziałem też pracujące dzieci. Te wyciągnięte ręce... te spojrzenia, jak przejeżdżasz... Okruch świata, fragment rzeczywistości, która pewnie nigdy nie będzie ich udziałem. Tak, za kilka tygodni wrócę w prosty sposób do swojego świata, a dziecko z zapadłej tybetańskiej wsi będzie marzło dalej, ubabrane w błocie, wysoko w górach łupiąc wielkie głazy, aby Chińczycy mieli lepsze drogi, czym będą się mogli pochwalić później przed światem. I aby takim jak ja lepiej i wygodniej się jeździło po Tybecie.

Zaczął padać deszcz i do jednego z namiotów robotników wszedłem, aby przeczekać ulewę. Zostałem bardzo serdecznie przyjęty. Młodsi chłopcy grali w kości, a starsi palili papierosy. Przyniosłem ciastka, które zniknęły błyskawicznie, a ja zostałem poczęstowany herbatą i campą. Jeden z panów tłumaczył mi, że na ciastkach daleko nie pojadę, za to na campie, to co innego! Dostaję na drogę dość duży woreczek mąki.

Nocuję na wysokości około 4800 metrów, przy wartko płynącym strumieniu. Przyjemnie zasypiać, gdy nikt nie wsadza głowy do namiotu, za kołysankę mając szum wody płynącego nieopodal wartkiego strumyka.

Niesmaczne batoniki

Następnego dnia od samego rana wiał bardzo silny wiatr, który tylko przybierał na sile, kiedy zbliżałem się do przełęczy. Ostatnie kilka kilometrów jechałem po otwartym płaskowyżu, gdzie wiało mi w twarz tak mocno, że chwilami musiałem schodzić z roweru, bo wiatr niemalże powalał mnie na ziemię. Wreszcie docieram do przełęczy, prosto w ramiona bandy małych, zziębniętych umorusańców. Co oni tam robili?? Oblepiali mnie natarczywie, dobierali się sprawnie do sakw, o pieniądze wołali, totalne zbratanie, uściski, podszczypywanie, kąsanie, krzywych zębów wystawianie, jakbyśmy znali się od lat, w końcu uległem i chcąc się ich pozbyć podarowałem dwa opakowania ciastek i batoników, ale to jeszcze bardziej rozbudziło ich rządzę i ciekawość. Sakwy niepotrzebnie odpiąłem, bo z ich wetkniętymi rękoma trudno je było zapiąć. Stałem się więc szorstki i grubiański, pokrzyczałem trochę, udając bardzo złego, co poniekąd było prawdą, ale tylko trochę, po prostu byłem zmęczony i chciałem jak najszybciej z przełęczy zjechać, bo było zimno, wiało i padało.

Jeden z łobuziaków miał zakrwawiony palec, który przecięty był wpół i wyglądał jakby mu miał zaraz odpaść. Wyjąłem plaster, ranę opatrzyłem, w tym czasie banda wchodziła na rower i próbowała na nim odjechać. Oczywiście zaraz się jeździec wywrócił, ale nie zniechęciło go to i za moment ruszył znowu, ciągnąc za sobą uczepionych do bagażnika i sakw swawolnych koleżków. Odjechali trochę za daleko i musiałem ich gonić. Dzieci zaczęły się robić coraz bardziej nieznośne, musiałem przybrać naprawdę groźną minę i rzucić parę bluźnierstw. Na moment zapanował względny spokój. Odjechałem kawałek, aby zrobić im z oddali zdjęcie, ale znów zaczęli do mnie biec. Ech, pomyślałem, droższy mi teraz ten na chwilę odzyskany spokój, niźli kolejne roweru wyrywanie i przekleństw rzucanie. Darowałem więc sobie fotki, pomachałem wesołej bandzie na pożegnanie i ruszyłem w dół. Pac, pac, kilka kamyków upadło obok roweru. Pewnie batoniki dzieciom nie smakowały.

60copy

Co kraj, to obyczaj

Z przełęczy do wioski czekał mnie jeszcze pięćdziesięciokilometrowy, trudny odcinek w zacinającym mocno deszczu i bardzo silnie wiejącym wietrze. Wyziębiło mnie okropnie, choć miałem wszystkie ciepłe ubrania na sobie - razem sześć warstw. Przemarznięty do szpiku kości dojeżdżam wreszcie do Baipy. Wioska jest malutka, ale doliczyłem się ośmiu hoteli i kilkunastu restauracji.

Wybieram hotel o przydługiej nazwie: Szahwan Good Luch (pewnie miało być 'lunch') Restaurant Hotel. Dostaję za dwadzieścia juanów łóżko w pięcioosobowej sali. Niestety nie ma prysznica, ale jest ciepła woda. Można się umyć w misce.

Już prawie zasypiałem, kiedy drzwi gwałtownie się otworzyły i do środka pokoju weszli trzej starsi mężczyźni w towarzystwie właściciela hotelu. Nie mieli żadnych bagaży, pewnie byli to kierowcy ciężarówek. Przez jakieś pół godziny okropnie hałasowali, jakby mnie w ogóle nie było w pokoju. Prychali, charczeli, pluli, rozmawiając tak głośno, jakby wszyscy naraz mieli kłopoty ze słuchem. Ta niby rozmowa zresztą bardziej przypominała kłótnię, niż zwykłą rozmowę, ale do tego już zdołałem w Chinach przywyknąć, że nie wiadomo, kiedy się kłócą, a kiedy nie. Na koniec mężczyźni wyjęli zupki instant, zalali gorącą wodą z doniesionych przez właściciela wielkich termosów i zaczęli chlewną ucztę ciamkając, siorbiąc, prychając, bekając, charcząc i plując na podłogę. Na deser zapalili papierosy, nie pytając oczywiście o pozwolenie. W tym czasie pogrążyłem się cały w ćwiczeniu cierpliwości. Chyba do Polski wrócę joginem.

Wyprawa powiększa się o dwie osoby

W Qomolangma Travel Service kupiłem bilet wstępu do parku narodowego, w którym znajduje się Mount Everest. Bilet kosztuje sześćdziesiąt pięć juanów i jest ważny dziesięć dni.
Po południu przyjechali na rowerach Karina z Jamesem, który wyglądał na zupełnie wyczerpanego. Co za przypadek, że wybrali ten sam hotel, do tego ten sam pokój. Zresztą, pewnie i tak spotkałbym ich gdzieś wieczorem w malutkiej Baipie. Niemka wiozła ze sobą gitarę! Dla Jamesa, tak jak i dla niej, była to pierwsza dłuższa rowerowa wycieczka, ale Karina nie wydawała się aż tak zmęczona, jak współtowarzysz. James poszedł spać bardzo wcześnie, a ja z Kariną wybraliśmy się jeszcze na wycieczkę do pobliskiego Shekar. Wzbudzaliśmy dość duże zainteresowanie. Jadąc sam, byłem wystarczająco osobliwy dla tubylców, a co dopiero z kobietą, do tego jadącą w obcisłych kolarskich strojach i w kasku! Prawdziwi Marsjanie. Pozwiedzaliśmy okolicę, między innymi ciekawy, nieduży klasztor i ruiny dzongu w pobliżu. Fajna ta Karina.

110copy

Namawiam nowych współtowarzyszy podroży aby pojechali ze mną do bazy pod Everestem. Niestety, Niemka ma ważny powód, aby jak najszybciej znaleźć się w Katmandu, a James musi się dostosować. Karina z początku jechała sama (podróż zaczęła w Wietnamie!), ale miała kilka nieprzyjemnych sytuacji po drodze i w Lhasie postanowiła znaleźć sobie partnera. W hotelu, w którym mieszkała, namówiła Jamesa, aby kupił sobie rower i pojechał razem z nią do Nepalu. Służył jako przewodnik i dobry kompan do podróży. Chętnie do bazy by pojechał, ale nie chce się rozstawać z Kariną, a sam nie będzie kontynuować jazdy, bo nawet namiotu nie ma. Odkąd Karina jedzie z Jamesem nie wołają już tak często 'Hello, I love you' myśląc, ze może jedzie z chłopakiem, albo mężem.

Pokusa nie do odparcia

Rankiem doskonała pogoda. Wspaniała przejrzystość, niebieskie niebo, lekkie chmurki gromadzące się na dalekich szczytach. Po raz kolejny próbuję namówić sympatyczną parę na przejechanie się ze mną do bazy, ale bezskutecznie. Postanawiamy przejechać razem pierwsze kilkanaście kilometrów, a potem się pożegnać. Kilka kilometrów za miastem minęliśmy punkt kontrolny, na którym sympatyczny żołnierz sprawdził nam paszporty i przypomniał o konieczności posiadania biletów do parku, jeśli zamierzaliśmy jechać do bazy pod Everestem. James i Karina jechali prosto do Nepalu, więc nie potrzebowali tych biletów. Ale nikt z trzech żołnierzy spotkanych na posterunku nie wspomniał o Alien's Travel Permit! Jeden wielki mit. To jest po prostu śmieszne. Służbiści w PSB kłamią prosto w żywe oczy o konsekwencjach jechania bez pozwolenia, zdzierają z nieświadomych turystów za fikcyjne papierki, które potem można tylko zatrzymać jako pamiątkę i mamią koniecznością podróżowania w zorganizowanych grupach, twierdząc, że podróżowanie samemu jest zabronione i grozi karą.

Dwanaście kilometrów za Baipą zatrzymujemy się. Tutaj nasze drogi mają się rozdzielić. Widzę, że Karina ma ochotę jechać pod Mount Everest. Nie wspominając o Jamesie. Pewnie byłbym jej nie przekonał, gdyby rozmowa nie zeszła na jedzenie. Karina była głodna, zrobiliśmy więc sobie jeszcze piknik przy drodze. Kiedy Niemka zaczęła narzekać na paskudne żarcie, jakie jada od miesięcy (a był to już szósty miesiąc jej podróży), powiedziałem, że mogę jej przygotować coś innego. Wiozłem jeszcze ze sobą liofilizowany bigos, fasolkę po bretońsku, ziemniaki i kaszę gryczaną z mięsem.

- Bigos? Ziemniaki? - zakrzyknęła - Jeśli zrobisz mi na obiad ziemniaki z bigosem, to jedziemy - dodała.
- Oczywiście, jeszcze posypię wszystko koperkiem i zaparzę kawę - rzekłem.

Bigos z ziemniakami i wilgotna nocka

Więcej namawiać nie musiałem. Był jeszcze problem z biletami. Karina i James nie kupili w Baipie biletów wstępu do parku, a wracać nikomu się nie chciało. Zatrzymaliśmy przejeżdżającego jeepa z turystami i za moment wszystko było jasne. Kierowca powiedział, że bilety kupimy w Chay - wiosce, leżącej kilka kilometrów od głównej drogi, w której znajduje się kolejny punkt kontrolny.

W palącym, południowym słońcu, pokonując kilka kilometrów bardzo wyboistej drogi, dojechaliśmy do maleńkiej wioski. Tam Karina i James kupili bilety, ale udało się to tylko dzięki Jamesowi, bo był w stanie dogadać się ze służbistami po chińsku. Również dzięki niemu zostaliśmy zaproszeni do prywatnego domu na obiad. Co prawda nie był to bigos i ziemniaki, ale Karina była bardzo zadowolona, że może zjeść coś innego poza mąką z wodą, którą proponowałem wciągnąć przed czekającym nas podjazdem na przełęcz Pang.

- Bigos i ziemniaki zostawimy sobie na kolację - powiedziała z uśmiechem Karina.

Godzinka odpoczynku po posiłku i przed nami ponad czterdzieści zakrętów, dzielących nas od przełęczy.

Około siedemnastej ostatnie metry i za kolejnym zakrętem, pokrytym widocznymi z oddali flagami modlitewnymi, otwiera się przed nami nieodległe pasmo Himalajów z Mount Everestem pośrodku. Zabawiamy chwilę na przełęczy i ruszamy w dół. Osobiście chciałem zjechać możliwie jak najniżej, dopóki było jeszcze coś widać, ale Karina chciała mieć nocleg z widokiem na Everest. Zatrzymaliśmy się zatem kilkanaście kilometrów za przełęczą na wysokości ok. 4500 m. n.p.m. i rozbiliśmy dwa namioty, mając fantastyczny widok na masyw Everestu, oświetlony purpurową barwą zachodzącego słońca.

Na kolację bigos z ziemniakami i świeża kawa ze śmietanką i z cukrem. Karina wniebowzięta. James też, powinien był podziękować bigosowi i ziemniakom, czyli poniekąd firmie ELENA, że jechał pod Everest. Był z siebie bardzo, bardzo dumny. Karina decyduje, że James spędzi noc w jej namiocie, a sama wprowadza się do mojego. Po kolacji długo nie mogliśmy zasnąć, pewnie po tej kawie. James też miał problemy z zaśnięciem, bo dużo spacerował wieczorem po obozowisku, pytając troskliwie, czy jest nam ciepło i wygodnie. W nocy rzeczywiście było dość ciepło, choć bardzo wilgotno.

117copy

Droga do bazy

Pobudka około siódmej. Nawet jedna chmurka nie przesłaniała majestatycznej góry przed nami. Jedynie powoli przesuwające się słońce malowało na ścianach Everestu coraz to nowe barwy. Czekał nas wspaniały zjazd prawie do samej wioski Tashi Dzom, gdzie zatrzymujemy się na śniadanie. Kiedy byliśmy gotowi do dalszej drogi, było już po czternastej. A zamierzaliśmy jeszcze tego samego dnia dojechać do bazy.

Już prawie ruszaliśmy, kiedy nadjechał kolejny rowerzysta - Niemiec Sven, który od rana przebył ten sam odcinek, jaki my pokonaliśmy od wczoraj. Nie zatrzymuje się w wiosce, tylko rusza z nami. Spieszy mu się, bo jego wiza jest ważna jeszcze tylko pięć dni. Granicę nepalsko-tybetańską przekraczał w jeepie razem z grupą turystów jadących do Lhasy, od której później się oddzielił. Ruszył ze stolicy Tybetu na rowerze i teraz zmierzał do Katmandu.

Kolejny odcinek do wioski Chosang, który według przewodnika miał być przyjemną przejażdżką, bardzo nas wszystkich wymęczył. Droga była w fatalnym stanie, nieznacznie wznosząc się ku widniejącym szczytom na horyzoncie, ale najgorsze były poprzeczne muldy, które nie pozwalały na szybszą jazdę, jak 12-15 km/h. W Chosang zbieramy się wszyscy i pada propozycja zjedzenia kolacji. W 'restauracji' z ciepłych rzeczy mają tylko zupki w proszku.

- To już lepiej zjeść swoje za wioską', mówię.

Zatrzymujemy się w jakimś pustym budynku obok drogi. Każdemu z nas potrzebny jest odpoczynek. Karina i Sven są za tym, aby zostać pod dachem na noc i ruszyć do bazy następnego dnia.

- Ale zostało tylko dwadzieścia kilometrów! - protestuję. Poza tym tam jest restauracja w hotelu, w której na pewno zjemy coś dobrego, no i nocleg będzie o niebo przyjemniejszy.

Ostatecznie 'argument żywieniowy' przekonuje Karinę. Sven też chce jechać dalej, a James tradycyjnie na wszystko się zgadza. Za wsią droga ciągle paskudnie wyboista, do tego coraz bardziej pod górkę. Jedziemy w pewnym oddaleniu od siebie. Każdy własnym tempem. Po kilku kilometrach wjeżdżamy do wąwozu, gdzie droga prowadzi po prawej stronie rzeki po jeszcze większych wybojach. Wreszcie upragniony klasztor Rongpu, uważany za najwyżej położony na świecie, znajdujący się na wysokości 4830 m. n.p.m., w którym zamierzaliśmy zatrzymać się na noc.

Ciepły wieczór w hotelu

Czekam na resztę. Niemka dociera za kwadrans, potem Sven, na Jamesa musieliśmy czekać blisko pół godziny. Już nawet zamierzałem odpiąć sakwy i pojechać zobaczyć, co się z nim dzieje, ale wreszcie pojawił się za zakrętem, prowadząc rower. Absolutnie wyczerpany, ale niezmiernie szczęśliwy. Jestem za rozbiciem namiotu pod klasztorem, ale Karina i Sven wolą iść do hotelu. James też jest za tą drugą opcją. Decydujemy więc, że ja pójdę rozbić namiot i zostawię rzeczy, a potem dołączę do nich w hotelowej restauracji.

Na terenie klasztoru dwaj mnisi bez problemu pozwalają mi na rozstawienie namiotu za jedyne dziesięć juanów. Zapinam suwaki, zostawiam obok rower i wracam do hotelu na gorący posiłek. Całą trójkę znajduję w przestronnej, zadymionej okropnie i bardzo gwarnej sali, siedzących po szyję w śpiworach i popijających gorącą herbatę. Okazało się, że wszystkie pokoje w hotelu są zajęte, ale będzie można się przespać na podłodze jadalni za, bagatela, osiemdziesiąt juanów (około 35 zł). Do tego w hotelu nie ma bieżącej ciepłej wody, nie wspominając o prysznicu.

- Nie ważne - mówi Karina - Najważniejsze, że jest ciepło, a ja okropnie przemarzłam i nie ma mowy, abym spała dziś w namiocie.

Cóż, chyba za słabo grzałem poprzedniej nocy...

Po cenie, jaką mieli zapłacić za podłogę, można się było spodziewać, że porównywalnie wygórowane będą ceny za posiłek w hotelowej restauracji, a tu miła niespodzianka! Wielka micha ryżu z warzywami za dwanaście juanów, a gotowane ziemniaki z jajkami za dziesięć! Jajka były przyprawione imbirem. Po ciepłym i sytym posiłku nie chciało mi się wracać do zimnego namiotu...

6copy

Baza pod Everestem

Rano znów wspaniały widok na Everest. Około dziesiątej odwiedzili mnie pod klasztorem rowerzyści - jechali na lekko do bazy. Ja jeszcze nie zwinąłem namiotu, a chciałem poza tym zjeść śniadanie w hotelu, więc umówiliśmy się, że spotkamy się gdzieś po drodze. Oni zamierzali wracać jeszcze tego samego dnia, ja natomiast chciałem zostać w bazie dzień albo dwa. Zamówiłem naleśniki z miodem, ale zamiast miodu dostałem cały słoik dżemu. Prawda, miód zjedliśmy wczoraj na kolację, też przynieśli cały słoik, który przecież zostawiliśmy pusty. Do tego gotowane ziemniaki. Z okna restauracji doskonale widać masyw Everestu, który w międzyczasie przykryły szybko gromadzące się chmury. Trudno, pocieszałem się, przecież jeszcze stąd nie wyjeżdżam. 'Zrobię więcej zdjęć jutro', myślałem.

W drodze do bazy spotykam troje rowerzystów. Wracają... Trochę smutno, ale przecież ja i tak nie jechałbym z nimi do Nepalu. Kilka zdjęć na pożegnanie, uściski, trochę zamglony horyzont, życie toczy się dalej... Ileż to takich osób spotyka się po drodze, dodając każdemu do bagażu wspomnień odrobinę siebie...

Tzw. baza, do której wolno dotrzeć 'szarym' turystom, znajduje się na wysokości około 5050 metrów n.p.m. i poza sezonem składa się z porozrzucanych namiotów zaradnych Tybetańczyków, którzy zarabiają na turystach, oferując ciepłe posiłki, a nawet noclegi. Proszę bardzo, można nocować nawet w hotelu California Jest tu też poczta, tzn. miejsce, gdzie za astronomiczną sumę można kupić stempelek z napisem Mount Everest Base Camp, plus oczywiście osobno zapłacić za znaczek i pocztówkę. Do bazy nie można dojechać jeepem, ale niespełna dziesięciokilometrowy odcinek od klasztoru w Rongpu można przebyć pieszo, albo skorzystać z bryczki. Jak na Morskie Oko z Polany Palenicy w Zakopanem, tylko wysokość bezwzględna inna.Jeszcze do niedawna można było dostać się wyżej drogą wzdłuż lodowca, na wysokość prawie 6000 metrów i pewnie udałoby mi się tam dojechać na rowerze, gdybym miał dodatkowe wolne dwieście dolarów, tyle bowiem należało zapłacić, aby być przepuszczonym za szlaban na końcu rzędów namiotów. Oczywiście mogłem spróbować gdzieś bokiem, ale nie chciałem ryzykować płacenia haraczu jakimś żołnierzom po drodze, o czym słyszałem od innych turystów. Może historie te powinienem był włożyć między bajki, tak jak te z pozwoleniami na podróż po Tybecie, ale koniec końców zostałem na wysokości 5050 z nadzieją, że się przejaśni, jeśli nie tego samego dnia, to następnego.

Powrót do Baipy

Rozbiłem namiot i dzień spędziłem na włóczeniu się po okolicznych wzgórzach, siedzeniu w namiocie, jedzeniu, uzupełnianiu notatek w zeszycie i generalnie nicnierobieniu. Wieczorem padał bardzo gruby grad, a potem śnieg. Zrobiło się trochę chłodno. W przewodniku napisali, że jeśli ktoś zamierza nocować w okolicach bazy powinien zabrać ze sobą wodę. Niekoniecznie. Obok miejsca, gdzie rozbiłem namiot, tryskało małe źródełko, z którego miałem czystą wodę do zagotowania posiłku. Wieczorem kupiłem za dwa juany trzy garście ryżu, dodałem fasolkę po bretońsku i miałem mega-wypaśny posiłek. Reszta na śniadanie.

Następnego dnia zdecydowałem się na powrót do Baipy, w czym utwierdziły mnie gęstniejące chmury, przeraźliwie zimno i bardzo silnie wiejący wiatr. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów z górki pokonuję bezboleśnie, ale tego dnia nie udało mi się dojechać do wioski. Nocowałem pod samą przełęczą, na wysokości około 5000 m. n.p.m., mając z namiotu widok na lśniący w promieniach słońca Mount Everest. Widok nie do opisania. To na pożegnanie. Obiecuję sobie, że jeszcze tam wrócę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że za kilka miesięcy, w zimowej scenerii, będę tam znów na rowerze.

Ranek bardzo pochmurny i prawie bezwietrzny, zaczął mżyć lekki deszcz. Everestu w ogóle nie było widać, mogłem tylko współczuć turystom, którzy w jeepach zmierzali w stronę schowanego w chmurach masywu. Wycieczka z Lhasy dla czterech osób kosztuje około 4500 juanów (około 2000 zł), do tego należy doliczyć opłaty za noclegi i jedzenie plus pozwolenia i bilety po drodze. I przecież kierowca nie daje gwarancji, że zobaczą Everest, bowiem pod górą spędzają zwykle kilka godzin i zaraz potem wracają do Lhasy. Jak dotąd, ciągle uważam, że rower jest najlepszym środkiem lokomocji w takich odosobnionych i dzikich miejscach, jak Tybet. Przecież to tylko ode mnie zależy, jak długo zostanę w miejscu, które mi się podoba, nie muszę się z nikim dogadywać, uzgadniać dnia i godziny, decydować co zobaczyć i jak długo zwiedzać, co jeść i gdzie spać.

Na przełęczy są dwie prymitywne restauracje, jak widać przedsiębiorczy Tybetańczycy i takie miejsce wykorzystali na zarobienie kilku groszy. Zatrzymałem się w jednej z nich, zachęcany ochoczo przez dwie starsze panie, abym skorzystał z gościny. W środku była jeszcze kobieta karmiąca dziecko piersią i kilkoro małych brudasków. Siedzieli cały czas z namiocie, ożywiając się tylko, kiedy do przełęczy zbliżał się samochód. Nie był to dobry dzień, gdyż z powodu zachmurzenia i deszczu nie zatrzymał się żaden z kilku przejeżdżających samochodów, jakie minęły przełęcz przez czas, kiedy jadłem posiłek. Zamówiłem ryż z jakimś zielskiem i ćwiczyłem cierpliwość oblepiany dosłownie przez ciekawskie dzieciaki.

29copy

Jest to pewna frajda na początku wyjazdu do egzotycznego kraju, kiedy swoją obecnością, po prostu samą obecnością wywołujesz takie poruszenie, kiedy jesteś w centrum zainteresowania, kiedy pokazujesz mapę, zdjęcia, przedmioty i obserwujesz proste reakcje, przejęte twarze, uśmiechy i wpatrzone w ciebie zasmarkane buzie. Ale ile razy? Pięć, dziesięć, dwadzieścia? Po pewnym, wcale niezbyt długim czasie, robi się to potwornie irytujące, męczące i naprawdę ma się dość ich ciągłej obecności, i marzy się o odrobinie spokoju, chwili odosobnienia, intymności.Po posiłku, dwóch litrach herbaty i lekkiej drzemce, ruszyłem w dół. Wiał bardzo silny wiatr i warunki do jazdy były okropne. Jechałem w krótkich rękawiczkach i bardzo marzły mi palce podczas zjazdu; co jakiś czas zatrzymywałem się więc, aby je rozgrzać. Do wioski Chay dojeżdżam zupełnie wyziębiony. Przebieram się w przydrożnej chacie, trochę przysiadów i podskoków, kubek gorącej herbaty i od razu poczułem się lepiej. Bardzo wymęczyły mnie ostatnie kilometry, dzielące mnie od głównej drogi. Miękki żwirek, w którym zapadały się koła, i ostre, nierówne kamienie, które groziły przebiciem dętki, jeszcze bardziej pogłębiały moje zmęczenie.

Wreszcie asfalt, cóż za odmiana po kilku dniach jazdy po wybojach i muldach! Na punkcie kontrolnym przed Baipą strażnik sprawdza tylko paszport, nie wspominając o żadnym pozwoleniu. Wydawał się być wyraźnie zadowolony, że może ze mną porozmawiać. W Baipie nocleg w znajomym Szahwan Good Luch Restaurant Hotel. Tym razem pusty pokój - żadnych turystów. Zagrzebuję się pod dwie kołdry i smacznie zasypiam.

Trzy mapy i trzy drogi

Po dwóch dniach odpoczynku w Baipie ruszam na południe w stronę Tingche Xian. Zamierzam odwiedzić tereny, o których nie wspomina żaden ze znanych mi przewodników po Tybecie. Ruszam wczesnym przedpołudniem drogą prowadzącą w stronę granicy w Buthanem. Po dwudziestu pięciu kilometrach dojeżdżam do wioski Quluo, gdzie znajduje się most na rzece Bum Chu, który był zaznaczony na jednej z trzech map tego rejonu, jakie posiadałem. Trudno było mi się zdecydować, czy przejechać rzekę i jechać dalej, czy też kontynuować jazdę po tej samej stronie rzeki. Z tubylcami nie mogłem się za nic dogadać, czytanie mapy to dla nich podobne zajęcie, jak dla mnie chińskiego pisma. Zdecydowałem się na przekroczenie rzeki, co dalej okazało się być decyzją błędną, ale po kolei. Na mapie 'z mostem', droga, którą teraz jechałem, kończyła się za kilkadziesiąt kilometrów w wiosce Cuoguo (Tsogo), ale na dwóch pozostałych mapach był tam most. Pomyślałem, że nawet jak mostu nie ma, to jakoś może uda mi się przez rzekę przeprawić, a skoro jest tam jakaś wioska, może ktoś mnie przewiezie łódką? Tak czy inaczej, postawiłem sobie za cel do wioski owej dojechanie jeszcze tego samego dnia.

Most, którego nie było

Kilka kilometrów przed wioską roztoczył się przede mną wspaniały widok na rozlewisko Bum Czu. Aż dziwne, że o tym przepięknym miejscu nie wspominają przewodniki. Choć z drugiej strony, przy całej atrakcyjności tego miejsca i pobliskiej wioski, po co mieliby tu turyści przyjeżdżać? Jest tu spokój, cisza, można poobserwować jak na co dzień żyją Tybetańczycy, ale nie ma ani gompy, ani hotelu, ani nawet najlichszego sklepu! Zatrzymuję się przy pierwszej chacie w wiosce. Od razu ogromne zbiegowisko. Gospodarz pozwala rozbić namiot. Potem odgrzewam sobie makaron, który dodaję do przyniesionej mi campy i jem w towarzystwie kilkudziesięciu wpatrzonych we mnie nieruchomych twarzy. Czy w tym jak jem, jest coś osobliwego? Kiedy skończyłem, nadal patrzyli, może bardziej ośmieleni, ale nie wchodzili do namiotu i nie macali rzeczy.

Według dwóch map w wiosce powinien być most, może gdzieś poza zabudowaniami, myślałem. Kiedy pytałem o most i drogę tubylców mówiłem 'sampa' - i wymieniałem nazwę wioski, do której chciałem dojechać: na jednej mapie napisane miałem Qudang, co tubylcy wymawiali jako Czudang, na trzeciej Kharta. Nazwa Kharta nic nikomu nie mówiła, za to Czudang widziałem, że znają. Szkopuł w tym, że wszyscy na migi pokazywali, że do Czudang na rowerze nie dojadę, zataczając przy tym duży łuk ręką, pokazując jednocześnie na przeciwległy brzeg. Wyglądało na to, że powinienem był trzymać się tamtej strony rzeki. Kiedy ja mówiłem Czudang, oni powtarzali Tashi Dzom.

25copy

Wioska Chang Suo i tybetański leniwiec

Decyduję się więc na powrót do Czulo i potem kontynuowanie jazdy po drugiej stronie rzeki. Droga była tam w dużo lepszym stanie. Po kilku kilometrach odbija ona na północny-wschód, dokładnie tak, jak na 'mapie z mostem'. Droga wzdłuż rzeki na pozostałych mapach istnieje chyba tylko w wyobraźni autorów.

Późnym wieczorem docieram do wioski Chang Suo i zatrzymuję się przy pierwszych zabudowaniach. Proszę o rozbicie namiotu za ogrodzeniem, ale gospodarze nalegają abym spał w domu. Zabieram makaron i puszkę z mięsem i pokazuję na migi, że chciałbym to ugotować. Rezolutna staruszka rozpala w piecu i za moment makaron ugotowany w wielkim garze jest gotowy. Rodzina składająca się z sześciu osób chętnie spędza ze mną wieczór. Pani, która według mnie wyglądała na siedemdziesiąt pięć lat - ma pięćdziesiąt pięć. Tacie spokojnie mógłbym dać osiemdziesiąt - sześćdziesiąt cztery. Tyle mi pan-tata wytłumaczył i wyliczył rozcapierzając szeroko palce i wymawiając powoli i dokładnie tybetańskie liczebniki. Po raz pierwszy zauważyłem, że niektóre tybetańskie liczebniki w wymowie są bardzo podobne do japońskich!

Zostawiam na pamiątkę kilka drobiazgów: małą latarkę, kalendarzyk, polskie monety. W samej wiosce spędzam jeszcze pół dnia na fotografowaniu dzieci. Za wioską trochę się gubię i wyjeżdżam w pole, kierując się bezdrożami prosto do jakichś zabudowań widocznych z oddali. Była to albo jednostka wojskowa, albo więzienie... Leniwemu strażnikowi wspartemu na balustradzie małej wieżyczki nawet się nie chce odpowiedzieć na pytanie, czy ta droga prowadzi do Sakja. Wzruszył w końcu kilka razy ramionami, a ja wolałem się oddalić, bo jeszcze przyszłoby mu do głowy sprawdzać jakieś pozwolenia, albo doczepić się do tego, co ja tam robię. Z drugiej strony siedzi tam człowiek cały dzień w upale, nic nie robiąc i kiedy pojawia się nieznajomy na rowerze (a zapewne nie zdarza się to tam często, jeśli kiedykolwiek zdarzyło), to nie robi nic poza wzruszeniem ramion i ruchem typu - spieprzajnatrętnamucho.

Przepraszam, którędy do wodopoju?

Wreszcie dojechałem do szerokiej ścieżki i wśród bardzo rzadkich, niskich traw kontynuowałem jazdę w stronę rzeki Bum. Zgodnie z jej biegiem skręciłem nieznacznie na wschód, by potem odbić lekko na północ. Jechałem po bardzo suchym terenie wśród wysokich na kilkanaście metrów wydm. Jedynie na 'mapie z mostem' zaznaczona była droga, którą jechałem. Według mapy, powinna doprowadzić mnie do wioski NieXia. Do wieczora nie wyminął mnie, ani nie wyprzedził żaden samochód, do wioski ciągle było daleko, a według mapy już dawno powinienem był do niej dojechać. Myślałem nawet, że może ją minąłem, trudno było wywnioskować z mapy, czy wioska była przy drodze. Wieczorem wypiłem ostatnie łyki wody z bidonu, a od śniadania nic nie jadłem, poza suchym makaronem i kilkoma herbatnikami. Raz po raz ryłem w zaspach piachu, do tego wiał silny wiatr i piasek wciskał się we wszystkie zakamarki ciała - czułem go już nawet pod bielizną.

Następnego dnia na śniadanie zjadam dwa ostatnie ciastka. Bardzo chce mi się pić, w ustach nie mam już zupełnie śliny. Chciałem jak najszybciej ruszyć i dojechać do jakiejś wioski. Na mapy już nie mogłem liczyć, bowiem ta najbardziej wiarygodna nie obejmowała terenu, po którym teraz jechałem, a na dwóch pozostałych już się wystarczająco zawiodłem.

23copy

Po godzinie jazdy na południe w oddali na horyzoncie dostrzegam powiększający się obłoczek kurzu. Wreszcie jacyś ludzie, myślę, zasięgnę jakichś informacji, czy daleko do najbliższego wodopoju. Powoli zbliżał się ciągnik z grupą Tybetańczyków. W wielkich kapeluszach mknąc przez pustkowie, wzniecając za sobą ogromne tumany kurzu, wyglądali jak prawdziwi kowboje. Z tyłu ciągnika łopotała flaga Tajlandii. Czyżby ich wioskę odwiedziła wycieczka młodych Tajek? Zsiadam z roweru i czekam na wybawców. Zatrzymują się obok mnie, kierowca podchodzi do mnie i czego chce?: 'money, money, money!' Wody nie mieli. Nie wiem, czy zrozumieli moje pytanie o wioskę, ale pomyślałem, że jeśli oni się tutaj znaleźli wczesnym przedpołudniem, to i ja wreszcie dojadę do jakichś zabudowań. Byłem coraz bardziej zmęczony.

Czy to jeszcze Tybet?

Wreszcie dostrzegam jakieś budynki! Stromym zjazdem dojeżdżam do zadbanych, otynkowanych na biało zabudowań. Oho! Frontier Station, czytam na tablicy przed bramą, żeby tylko nie było kłopotów. Ale wycofać się już nie mogłem, bo zauważył mnie młody żołnierz i podchodził do mnie niemrawo, podejrzliwie, ciężko stąpając po betonowym chodniku. Pytam z uśmiechem po angielsku, pomagając sobie gestami, bo widzę, że Chińczyk niewiele rozumie, czy mogę tu kupić coś do jedzenia i do picia. Żołnierz wydawał się być bardzo sympatyczny i chętny do pomocy, najważniejsze, że zrozumiał moje pytanie. Weszliśmy do środka budynku, gdzie poczęstowano mnie herbatą i kazano czekać. Za moment zjawili się trzej oficerowie i zaczęło się wypytywanie. Co ja tu robię, gdzie jadę, skąd jestem itp. Całkiem nieźle mówili po angielsku. Bałem się, że doczepią się o jakieś pozwolenia, ale oni tylko sprawdzili paszport i wizę, dane przepisali do swoich kajecików, i poza tym, że byli bardzo oficjalni i poważni, wydawali się zachwyceni możliwością poćwiczenia angielskiego i generalnie porozmawiania. Nie ma się co dziwić. Tkwić w takim odosobnionym miejscu tygodniami, albo miesiącami, brr.

Wkrótce kucharz przyniósł dwie michy ryżu z mięsem i talerz zupy pomidorowej, która ani trochę nie była ostra! Może curry, które miało być użyte do zupy, dodali do ryżu, ten bowiem był niesamowicie ostry. Mapa jak zwykle w centrum zainteresowania. Pokazałem, że chciałem dojechać do Chudang, ale oni twierdzili, że tą drogą na południe do Chudang nie dojadę. Którędy więc mogę dojechać do Chudang? Pokazywali na Bum Chu i wskazywali na drugą stronę rzeki. Ale przecież za Tsogo nie było mostu! Bardzo osobliwe. Może innym razem rozwiążę tę zagadkę.

Powrót do Lhasy

Wieczorem zapakowano mnie i rower na wielką ciężarówkę i dowieziono do drogi prowadzącej do Sakji. Wreszcie wiedziałem, gdzie jestem! Od strony południowej dojeżdżam do miasta, zakreślając w ten sposób własną, tybetańską pętlę. Nocuję za miastem w namiocie obok drogi, a rankiem spotyka mnie jedna z najdziwniejszych rzeczy podczas całej podróży. Otóż zaraz po moim przebudzeniu, ale zanim jeszcze wygrzebałem się w namiotu, dostrzegłem przez przezroczystą zasłonę stojącego nieopodal tubylca na koniu, trzymającego łopoczącą na wietrze kolorową flagę. Zanim doszedł do mnie, zapiąłem szybko suwak i udałem, że śpię. Nie powiedział ani słowa. Pokręcił się wokół, poskubał za tropik, poszurał, zacharczał, splunął kilka razy i wreszcie wrócił do pozostawionego przy drodze wierzchowca. Tam zwinął kolorową flagę, rozsunął i zasunął kilkakrotnie suwak kurtki, spluwając do taktu i charcząc, po czym poprawił kapelusz i odjechał. Niespodzianka czekała mnie po wyjściu z namiotu. Otóż obok roweru, pod niedużym kamieniem leżało... dwadzieścia juanów plus jakaś wizytówka. Niestety, zapisana pismem chińskim. Być może była to zachęta do skorzystania z jakiegoś hotelu, ale żeby jeszcze dorzucać pieniądze?

Ostatnie kilkaset kilometrów na odcinku Shigatse-Lhasa miały być przyjemną przejażdżką po równym asfalcie i płaskim w miarę terenie. Niestety, jechałem pod bardzo silny, przeciwny wiatr, który potrafi odebrać wszystkie siły, do tego musiałem pokonywać niezliczoną ilość krótkich, ale bardzo stromych podjazdów, które nawet dla nieobciążonego bagażem roweru byłyby wyzwaniem. Przeciwny wiatr i podjazdy zupełnie odebrały mi siły. Do południa od rana przejechałem tylko sześćdziesiąt kilometrów i nie miałem ochoty na choćby jeden więcej.

3copy

Zatrzymałem się zupełnie wyczerpany w wiosce, której nie było na mapie, nie wspominali o niej również w przewodniku i w jednej z restauracji (były cztery) zamawiam ryż z warzywami. Właściwie nie była to żadna wioska, tylko zlepek kilku restauracji, ot, przystanek dla kierowców na drodze Lhasa-Shigatse. Kucharka przysiada się bezceremonialnie i ogląda z zainteresowaniem przewodnik. Ilekroć pokazuję go tubylcom, pytają, czy na zdjęciu na okładce (na której zamieszczone jest zdjęcie autora z dwoma rowerami na tle pałacu Potala) jestem ja.

- Nie - mówię - to przyjaciel, a ja robię zdjęcie!

Jedzenie wcale nie zaspokoiło mojego apetytu, więc zamawiam drugą porcję, tym razem kluski w zupie i dwa jajka. Pycha.

Bardzo dziurawy nocleg

Nie miałem ochoty tego dnia na dalszą jazdę, ale jakoś się przemogłem i ruszyłem dalej. Droga ciągle bardzo ciężka, bardzo strome podjazdy, czasem kilkusetmetrowe, potem krótkie, szybkie zjazdy, potem znów podjazd i tak aż do wioski Same, gdzie droga nieznacznie odbiegała od rzeki i prowadziła doliną, już bez tych wyczerpujących stromych podjazdów. Do tego bardzo duży ruch i ogłuszające dźwięki klaksonów przejeżdżających ciężarówek i autobusów. Czasem wydawało mi się, że robią to specjalnie. Straszliwie im złorzeczyłem.

Około dwudziestej pierwszej decyduję się poszukać miejsca na nocleg. W zapadającym zmroku wypatruję jakąś boczną drogę prowadzącą do rzeki i tam się właśnie kieruję. Zostawiam rower na maleńkiej łączce, otoczonej polami dojrzewającego jęczmienia. Rozglądam się za dobrym miejscem na rozstawienie namiotu i kiedy schylam się, aby odrzucić kilka dużych kamieni, z przerażeniem odkrywam, że wokół jest pełno ostrej trawy, z kolcami ostrymi jak szpilki. Sprawdzam opony. No tak, wyjmuję kilkanaście kolców. Słyszę jak z jednej dętki powoli schodzi powietrze. Trudno, obok jest rzeka, łataniem zajmę się jutro, myślę. Na kolację zjadam konserwę i zasypiam przeklinając swoją nieostrożność.

Rankiem miałem dużo pracy. W jednym kole dziewięć dziur, w drugim trzy. Jedną dętkę wyrzucam i zakładam nową, drugą zalepiam łatkami. Jeszcze tylko dwieście, albo i trzysta pchnięć miniaturową pompką i w drogę, śniadanie zjem po drodze. Ech, machając tak swoją miniaturową pompką, pomyślałem o tybetańskiej mosiężnej, wielkiej pompie, którą tubylcy mają zwyczaj wozić na bagażniku. Pchnąłbym taką dziesięć razy i byłyby koła twarde jak kamień.

Jedno miejsce siedzące do Pekinu, bardzo proszę

W Lhasie dostaję miejsce w znajomym hotelu Snowland i ostatnie dwa tygodnie, jakie zostały mi do powrotu, spędzam na zwiedzaniu okolicznych wiosek i klasztorów. Musiałem jeszcze kupić bilet na pociąg do Pekinu, co okazało się sprawą wcale niełatwą.

Aby mieć pewność, że dostanę bilet, pojechałem na dworzec już o czwartej nad ranem. Rzecz ciekawa, bilety można było kupić jedynie z dziesięciodniowym wyprzedzeniem. Przed dworcem stało już mnóstwo ludzi, ale drzwi wejściowe były zamknięte, a zamiast kolejki powoli przesuwała się bezwładna ludzka masa. Ustawiłem się blisko wejścia, czekając na rozwój wypadków. Stałem pod ścianą, ściskany przez coraz mocniej napierający tłum. Około 6.45 otworzono drzwi wejściowe. Niestety nie te, przy których stałem. Kiedy wpadłem na halę, kolejki były już dość długie, a i tak ciągle się rozrastały i po kwadransie znów byłem poza dworcem.

7copy

Punktualnie o ósmej otworzyli kasy. Przez półtorej godziny kolejka albo stała, albo nawet nieznacznie przesuwała się do tyłu. Około 9.30 wreszcie powoli zacząłem przybliżać się w stronę kas. Około 11.00 pan stojący przede mną poinformował mnie, że nie ma już miejsc leżących. Kilkanaście osób opuściło kolejkę i byłem już bardzo blisko. Za kilka minut dał się jednak odczuć wyraźny rozgardiasz, ludzie zaczęli się niespokojnie kręcić, podając sobie z ust do ust jakieś informacje, niektórzy wyglądali jakby protestowali, a co poniektórzy zaczęli bezpardonowo przepychać się do kas. Nagle podszedł do mnie policjant i mówi 'come with me'. Zaciąga mnie pod kasę. Nikt nie protestuje.

- Jeden bilet do Pekinu, twarda leżanka - mówię. Pani w okienku na to:
- No tickets.
Cóż, było dla mnie oczywiste, że nie ma już twardych leżanek, ale ostatecznie zamierzałem kupić miękkie.
- Softbed - mówię więc. Ale pani na to, że tych też już nie ma. No nieźle, myślę, trudno, kupię tylko bilet na siedzenie, a w pociągu już się coś wymyśli, ostatecznie po drodze zwolni się jakieś miejsce.
- Poproszę więc seat - mówię.
Pani wystukuje coś na klawiaturze i mówi:  - No tickets, no seats.
- Jak to nie ma? - powtarzam - nie ma żadnych biletów?
- Nie ma biletów - odpowiada pani.
- Nawet jednego siedzenia, choćby jednego biletu? - z tyłu już słyszę gniewne szmery i pomruki.
Pani jeszcze raz wystukuje ciąg chińskich znaczków. Chwila czekania, coś pojawia się na monitorze.
- Jest jeden bilet - mówi pani, z tym samym obojętnym wyrazem twarzy, tak jakby właśnie nie uratowała mnie przed przerażającą perspektywą powrotu na raty autobusami i pociągami przez Golmud i Xinning do Pekinu.

Zgodnie z zasadą, że bilety na tą trasę kupuje się z dziesięciodniowym wyprzedzeniem, kupiony bilet był ważny na następny piątek. Podróż do Pekinu trwa czterdzieści osiem godzin, a w poniedziałek rano miałem samolot powrotny do Polski. Tak więc gdybym był nie kupił tego dnia biletu, nie zdążyłbym dojechać na czas, bowiem jutro mogłem kupić bilet dopiero na następną sobotę. Jak to zazwyczaj mam w niezbyt mądrym swoim zwyczaju, wszystko na ostatnią chwilę i na styk. A jednak znów się udało.

Chwila prawdy nad Nam Tso

Ostatnie dziesięć dni spędziłem na wycieczce do Nam Tso, przepięknie położonego jeziora, leżącego na wysokości 4700 m. n.p.m., otoczonego przez ośnieżone, niebotyczne szczyty. Aby do niego dojechać, trzeba jeszcze pokonać potwornie wyczerpujący, bardzo stromy podjazd na przełęcz Largen, położoną na wysokości 5190 m. n.p.m. Nad jeziorem nocuję w jurcie pasterzy - koczowniczych hodowców jaków. Żałowałem bardzo, że nie znam języka na tyle, aby móc się swobodnie porozumieć. Wspólnie z pasterzami zjedliśmy wieczorem campę, w małych miseczkach ugniatając rękoma papkę z mąki i słonej herbaty. A kiedy z pełnym brzuchem, przy dogasającym ogniu zasypiałem na twardej ławie, wciśnięty pomiędzy zawinięte w koce ciała, wydawało mi się, choć może tylko iluzorycznie, że wreszcie znalazłem swoją własną chwilę prawdy. Szkoda, że na tak krótko...

Wyprawa nie zakończyła się w sierpniu. Miała swój dalszy ciąg w styczniu i lutym. Dlaczego? Kiedy kupowałem bilet kolejowy do Pekinu, zapewniono mnie, że nie będzie żadnych problemów z przewiezieniem roweru pociągiem. Jakież więc było moje zdziwienie w dniu odj azdu, kiedy to nie tylko nie pozwolono mi wejść do pociągu, ale nawet nie mogłem wnieść bagażu na teren dworca. Na nic zdawały się tłumaczenia i prośby i byłbym pewnie zostawił rower pod ścianą, a sam wsiadł do pociągu z sakwami pod pachą, gdybym w porę nie spostrzegł był poznanej kilka dni wcześniej Chinki Song Lee. Jednak nawet jej nie udało się przekonać upartych służbistów, szybko więc postanowiłem, że zostawię rower w Lhasie, a sam wrócę po niego w następnym roku. Song Lee obiecała, że się nim zaopiekuje. Dotrzymała słowa.

Artykuły powiązane

  • Wyprawa Skandynawia 2014 by Damian Drobyk - Podsumowanie

    Wyprawa dookoła Skandynawii zakończona. Dokładnie dwa miesiące podróży i przejechane rowerem 8277 kilometrów przez dziewięć krajów. Ponieważ wyprawa była połączona ze zdobywaniem wierzchołków do Korony Europy udało mi się zdobyć najwyższe wzniesienia i szczyty Białorusi, Litwy, Łotwy, Estonii, Finlandii, Szwecji, Norwegii i Danii. Najtrudniejszy do przejścia okazał się szczyt Szwecji - Kebnekaise 2117m.npm, ze względu na sporą odległość marszu – około 60km. Najwyższy szczyt Norwegii i całej Skandynawii - Galdhopiggen mimo sporej wysokości 2459m.npm nie był zbyt wymagający. Na trasie przez Skandynawię nie mogło zabraknąć bardzo popularnego miejsca na północnym krańcu Europy czyli słynnego Nordkapp jednego z dwóch najdalej na północ wysuniętych miejsc starego kontynentu. 

  • Relacja z wyprawy rowerowej Wrocław-Paryż 2012

    Autor:

    Wróciliśmy, jeteśmy cali i zdrowi. Za nami miesiąc w trasie, przejechanych ponad 2300 kilometrów. Zwiedziliśmy całe mnóstwo ciekawych miejsc, zrobiliśmy masę zdjęć, poznaliśmy wielu wspaniałych, fantastycznych ludzi (chodzi szczególnie o tych, którzy przyjmowali nas pod swój dach, gościli na trasie jak najlepiej mogli). Co nam zostało po tej wyprawie? Świetne wspomnienia, radość ze zdobycia Paryża (i to okrężną drogą) a przede wszystkim.. chęć na więcej! Zapraszam do czytania relacji na cykloidzie oraz dziennika z podróży na naszym blogu (www.wroclaw-paris.blogspot.com).

  • Dookoła Albanii

    Autor:

    ALBAŃSKIE METAMORFOZY, CZYLI WSZYSTKIEGO PO TROCHU

    Jak każdy przed wyprawą rowerową stwarzałem sobie pewne wyobrażenia o kraju, który mam odwiedzić i czego mogę się tam spodziewać?. Rzeczywistość jak zwykle okazała się zupełnie inna. Albania w porównaniu do Ukrainy bije ją na głowę kilkakrotnie, bliskość Włoch czy Grecji sprawia, że mamy tu bardzo rozwinięte usługi na poziomie europejskim.

Fotogaleria

CYKLOID PRO

Projektowanie serwisów internetowych

logo-CykloidPRO-270